Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Zrelaksować się w biegu

Zrelaksować się w biegu

Kiedyś wierzono, że kobiety, biegając długie dystanse szybciej się starzeją. Z mitami na temat kobiecego biegania rozprawia się Anna Pawłowska-Pojawa.

Mimo że kilkanaście lat trenowałam tenisa ziemnego, dziś, przyznaję, trudno wygonić mnie z fotela, a ze sportu najbardziej lubię czytanie książek. Nie przypuszczałam, że w ciągu najbliższych 40 lat będę miała ochotę zrobić rozmowę na temat biegania. Zmieniłam zdanie, gdy sięgnęłam po książkę Anny Pawłowskiej-Pojawy Bieganie. Kobieca strony mocy. Wbrew pozorom nie jest to podręcznik z planami treningowymi. To raczej inteligentny poradnik dla wszystkich kobiet, które tak, jak ja mają problem z mobilizacją, nie wiedzą, od czego zacząć i mają wątpliwości, czy z tego całego biegania są jakieś korzyści. Z autorką porozmawiałam o tym, jak biegają kobiety, dlaczego wciąż ciągnie się za nami mit, że jesteśmy zbyt słabe, by biegać na długich dystansach, w jaki sposób bieganie przyczyniło się do emancypacji kobiet oraz jak się motywować, kiedy naprawdę nic się nie chce.

Dagny Kurdwanowska: Na samym początku książki wspomina Pani kampanię społeczną „Like a Girl”. Twórcy pytają dzieci i nastolatki, m.in. o to, jak biegają dziewczyny. Chłopcy zaczynają komicznie machać rękami i śmiesznie biec, dziewczynki biegną normalnie. Jak to jest z tym bieganiem – dziewczyny biegają inaczej niż chłopaki?

Anna Pawłowska-Pojawa: Zupełnie inaczej, choć nie w takim sensie, jak pokazuje ta kampania. Biegamy inaczej, bo różnimy się od mężczyzn pod względem choćby fizjologicznym – wielkością serca, objętością płuc, anatomią, długością kości. Ale inna jest nie tylko fizyczna strona tego biegania, także społeczna. Bo jeśli popatrzymy, przynajmniej w Polsce, na proporcje biegaczy w biegach masowych, to startuje w nich zdecydowanie więcej panów.

Pisze Pani w swojej książce, że tylko 30% startujących to kobiety.

Mniej więcej. I to są dane z jakichś trzech-czterech lat. Wcześniej było jeszcze mniej kobiet.

Kobiety boją się biegania?

Nie boją się. Kobiety po prostu częściej biegają dla siebie, a rzadziej startują w zawodach. Najczęściej zaczynamy biegać, żeby schudnąć. Trochę też tego biegania się wstydzimy. To znaczy może nie samego biegania, ale tych dopasowanych ciuchów, które zdradzają wszystkie mankamenty. Boimy się też trochę dłuższych dystansów, to takie stereotypy, które mamy w głowie.

Nie lubimy rywalizować?

To nie jest tak, że istnieje jakiś gen rywalizacji, który mężczyźni mają, a kobiety nie. Są raczej oczekiwania i role społeczne, w które łatwo wchodzimy. A od kobiet nie oczekuje się rywalizacji sportowej, wyłączając oczywiście kobiety, które zawodniczo uprawiają sport. To wynika m.in. z bardzo tradycyjnych wzorców społecznych, które wciąż dominują w Polsce. Oczywiście każda z nas jest w stanie wskazać wyjątki – ale to będą wyjątki, na dodatek widziane z perspektywy aktywnych mieszkańców największych miast. A reguła, czyli przeciętna, jest nieubłagana. Podkreślam tu znaczenie wzorców społecznych, bo na przykład w USA w półmaratonach startuje więcej kobiet niż mężczyzn (a w maratonach więcej mężczyzn, jednak). To nie jest także kwestia wytrzymałości. Wystarczy spojrzeć na ultramaratony – kobiety często osiągają w nich równie dobre wyniki jak mężczyźni. Nie jest więc tak, że nie mamy jakichś predyspozycji do biegania.

To czemu biega nas w maratonach mniej?

Myślę, że cały czas są to stereotypy i wzorce społeczne. Maraton jest wyzwaniem, do którego trzeba się dobrze przygotować, a to wymaga czasu. Kobieta, która pracuje, która ma dzieci, siłą rzeczy niekoniecznie będzie chciała swój czas wolny poświęcić na regularny trening. Prędzej pobiega dla relaksu, żeby zadbać o sylwetkę i o siebie. To też zależy od wsparcia, jakie ma w najbliższych. U nas niestety pokutuje wzorzec, zgodnie z którym mężczyzna może realizować swoje pasje i hobby, a kobieta powinna dbać o „domowe ognisko”. Jeżeli mężczyzna będzie wspierał kobietę i pomoże jej zorganizować czas na trening – to ona z całą resztą sobie poradzi.

Bieganie, podobnie zresztą jak rower, pomagały kobietom w walce ze społecznymi stereotypami i wspierały ich emancypację, prawda?

Kobiety biegały już w starożytności. Oczywiście nie na zawodach z mężczyznami, w starożytnej Grecji były osobne zawody dla kobiet, startowały w nich głównie Spartanki. Późniejsze wieki przyniosły kobietom więcej ograniczeń. Owszem , wedle legendy, kobieta przebiegła maraton podczas pierwszych nowożytnych igrzysk olimpijskich, ale nieoficjalnie, obok mężczyzn. Nie jest to jednak w żaden sposób udokumentowane. A sam baron Pierre de Coubertin nie przepadał za kobietami na stadionach, więc niechętnie je tam widział. Im bardziej on tracił wpływy, tym więcej kobiet się tam pojawiało. Lekkoatletyka kobiet pojawiła się w latach 20. XX wieku, ale kobiety biegały tylko na krótkich dystansach.

W książce pisze Pani o ówczesnej teorii, zgodnie z którą kobiety biegające na dystansach dłuższych niż 800 metrów szybciej się starzeją.

W 1928 r. pozwolono przebiec im ten dystans, ale że nie trenowały i nie przygotowywały się, połowa na mecie padła z wyczerpania. Zaprzestano więc takich eksperymentów. Dopiero w latach 50. i 60. zaczęto wydłużać dystanse biegowe dla kobiet. O biegi uliczne i starty w maratonach kobiety musiały mocno powalczyć. Najbardziej znane są historie Kathrine Switzer, która jako pierwsza kobieta przebiegła maraton oficjalnie w 1967, ale jako mężczyzna, i Bobby Gibb, która przebiegła go rok wcześniej i która biegała szybciej od Switzer, ale jej udział był nieoficjalny, Gibb wyskakiwała z krzaków i dołączała do mężczyzn na trasie. Dopiero w latach 90. uznano jej wyniki. A Switzer zarejestrowała się po prostu bez podawania pełnego imienia. Z tego biegu pochodzi słynne zdjęcie, na którym szef maratonu w Bostonie przepycha się ze Switzer i próbuje ją ściągnąć z trasy. Kathrine Switzer stała się twarzą walki o kobiece prawo do maratonu. Kobiety dopuszczono do udziału w nich w latach 70., a pierwszy olimpijski maraton dla kobiet to 1984 rok.

Za kobietami ciągnie się mit, że jesteśmy za słabe?

Tak, choć jak już wspominałam, przeczą temu wyniki kobiet w biegach bardzo długich, ultramaratonach. W nich kobiety czasami nawet wygrywają z facetami. W krótkich biegach widać, że kobiety osiągają zwykle słabsze czasy od mężczyzn, bo w nich liczy się przede wszystkim siła i szybkość. Im dłuższy bieg, tym te różnice są coraz mniejsze. Kobieta jest w stanie wytrenować wytrzymałość.

Kiedy już znajdziemy czas, założymy buty i wreszcie ruszymy z kanapy, żeby biegać warto od razu stawiać sobie za cel start w półmaratonie lub maratonie? Łatwiej będzie nam się mobilizować?

Zdecydowanie łatwiej. Ale trzeba mieć też świadomość, że jest to cel odległy. Pamiętam rozważania po moim pierwszym biegu na 10 kilometrów – zakładałam, że 15 kilometrów to najdłuższy dystans, jaki jestem w stanie przebiec. Półmaraton był odległym wyzwaniem, a maraton wyzwaniem z gatunku „mission impossible” dla zwykłego człowieka.

Co się wydarzyło, że zmieniła Pani podejście i jednak zaczęła myśleć o maratonie?

Kilka tygodni później spotkałam się z biegaczem, który biegał maratony. Ale poza tym był zwyczajnym facetem, który pracuje, zajmuje się tysiącem innych rzeczy, a bieganie traktuje hobbistycznie. Nie był supermanem, nie miał sylwetki superbohatera czy atlety. Kiedy się spotkaliśmy, miał przebiegniętych kilka maratonów. Pomyślałam wtedy, że skoro on może, to właściwie, czemu ja nie. Namówił mnie na pierwszy start w półmaratonie. I kiedy względnie dobrze przebiegłam pierwszy półmaraton, zaczęłam się zastanawiać, czy drugie tyle leży w moim zasięgu.

Pamięta Pani ten pierwszy maraton?

Oczywiście. Tego się nie zapomina. To był 2007 rok, czyli czasy, kiedy w największych maratonach w Polsce startowało jakieś półtora tysiąca osób. Biegacze bardzo dobrze się między sobą znali i w trudnych momentach można było liczyć na wsparcie. Ja od startu do mety miałam wsparcie kolegi, który biegł treningowo i prowadził mnie, dopingując i wspierając, co na ostatnich 12 kilometrach było bezcenne.

A jak czuła się Pani na mecie?

Z jednej strony była ulga i euforia, a z drugiej zdziwienie, że to już.

Jaki miała Pani wtedy czas?

Cztery godziny i 17 minut. Marzeniem było, żeby pierwszy maraton pobiec poniżej czterech godzin, ale nowicjusze często muszą zapłacić „frycowe”. Najczęściej, i to był ten przypadek, zaczynają za szybko, nie znają dystansu, więc źle rozkładają siły i pod koniec zaczyna ich brakować.

Z każdym biegiem nabiera się doświadczenia?

Jeśli ktoś chce go nabrać, to tak. Jeśli chce się słuchać, co mówi nasz organizm i dowiedzieć się czegoś o sobie, to nabierze się takiego doświadczenia.

Skoro Pani nie zaczynała swojej przygody z bieganiem od myśli o maratonie, to od czego?

Jak większość kobiet – chciałam schudnąć. Miałam 30 lat, kupiłam sobie obcisłe spodnie i stwierdziłam, że albo pójdę na kolejną dietę albo coś ze sobą zrobię. Najprościej było wyjść i pobiegać. Wyszłam więc, przebiegłam jakieś 800 metrów i prawie umarłam, bo biegłam za szybko. Ale dowiedziałam się, że w perspektywie miesiąca będzie drugi Run Warsaw i uznałam, że dystans 5 kilometrów leży w zasięgu moich możliwości. Zmobilizowałam się, wystartowałam, połknęłam bakcyla biegów masowych… i tak to się zaczęło.

Dziś wystarczy wpisać w Google hasło „bieganie” i wyskakuje mnóstwo informacji o planach treningowych, przygotowaniach. Kiedy Pani zaczynała, bieganie nie było jeszcze masową modą. Skąd czerpała Pani wiedzę, jak się przygotować, jak biegać, żeby nie przedobrzyć?

W 2006-2007 roku istniało jedno czynne forum i jedna strona, gdzie można było się dogrzebać porad trenerów. Była też jedna książka, Jerzego Skarżyńskiego, która zresztą trafiła do mnie już po moim pierwszym biegu na 10 kilometrów. Zaczynałam od tego, że wychodziłam sobie i truchtałam przez pół godziny po parku. Na początku zresztą wystarczy regularnie biegać, żeby wyniki niejako same się poprawiały. A potem trafiłam w środowisko doświadczonych biegaczy i zaczęłam korzystać z ich porad, a przede wszystkim – z motywacji.

Swoją książkę napisała Pani z myślą o kobietach, które zaczynają przygodę z bieganiem. Chciała im Pani dodać odwagi?

To pokłosie udziału w biegu Samsung Irena Women’s Run. Spotkałam tam kobiety, które nie pojawiają się na innych biegach. Trochę ich posłuchałam i wynikało z tego właśnie, że one biegają głównie dla siebie. Nie startują w maratonach, w półmaratonach, w innych biegach, bo uważają, że nie biegają wystarczająco szybko, wystarczająco dobrze. Wiele kobiet w siebie po prostu nie wierzy. Czasem po prostu nie odnajdują się w tym trochę jednak zmaskulinizowanym świecie. Nie jest to łatwe. Dzisiaj to może uchodzić za anegdotę, ale ja kilka lat temu byłam znana z tego, że na zawodach regularnie robiłam aferę, kiedy nie było damskiej szatni po biegu. W latach 2007-2009 wśród biegaczy kobiety stanowiły może 10% i zdarzało się, że nie miałyśmy się gdzie przebrać. Była jedna szatnia, zajmowali ją mężczyźni, a kobiety musiały sobie radzić. Nawet dziś zdarza się, że trzeba przypomnieć organizatorom o powieszeniu kartki z napisem „Damska” na jednej z przygotowanych szatni.

Jak korzystać z Pani książki – to wstęp do biegania?

Doświadczone biegaczki też znajdą w niej coś dla siebie. Zwłaszcza w rozdziałach, które mówią o tym, co dalej, jak się motywować, co robić, kiedy przytrafią się dłuższe przerwy spowodowane na przykład przez kontuzje. Na pewno nie jest to podręcznik. Nie ma tu planów treningowych. Raczej podpowiadam, z jakich narzędzi korzystać.

A czego się wystrzegać? Jakie błędy najczęściej popełniamy na początku?

Najczęściej biegamy za szybko i za dużo. Czasem nam się wydaje, że bieg musi się różnić od marszu, więc stawiamy na szybkość. A to nie jest prawda. Większość treningów powinna być spokojna.

Mówi się, że najlepsze tempo do biegania to własne tempo.

To powinno być tempo, które pozwala w trakcie biegu rozmawiać. Tak wygląda najzdrowszy sposób biegania. Jeśli trenujemy 4-5 razy w tygodniu, to dwa razy powinniśmy wpleść szybsze bieganie, ale cała reszta to biegi budujące naszą wytrzymałość.

Po co właściwie biegać?

Na pewno zyskamy ładniejszą sylwetkę.

Podobno to mit, że biegając chudniemy.

Coś w tym jest. Ale to wynika z tego, że kiedy zaczynamy biegać, czy w ogóle się ruszać, bo to dotyczy też pływania czy jazdy na rowerze, tej ostatniej zresztą chyba szczególnie, wydaje nam się, że możemy sobie na więcej pozwolić. Są osoby, które przebiegną 5 kilometrów i z radości zjadają batonika, który ma tyle kalorii, ile właśnie zgubili. Albo więcej. I wtedy nici z odchudzania. Trzeba myśleć więc także o odpowiedniej diecie. Ale kiedy zaczyna się biegać, przychodzi to naturalnie, bo zaczynamy inaczej się odżywiać i budować menu tak, żeby bieganie było bardziej efektywne. Druga sprawa to pomiary – warto mieć świadomość, że dzięki bieganiu nie zawsze tracimy kilogramy i nie zawsze waga to pokaże, za to zamieniamy tkankę tłuszczową na mięśniową, mięśnie są cięższe niż tłuszcz, więc niby nie tracimy na wadze, ale sylwetka staje się ładniejsza. Kiedy zaczynałam biegać i po kilku miesiącach spotkałam się ze znajomymi, pytali mnie, ile schudłam. A ja zgubiłam zaledwie kilogram czy dwa, za to w rozmiarówce ubrań zeszłam o półtora rozmiaru.

Co jeszcze zyskujemy poza lepszym wyglądem?

Startowanie w zawodach pomaga w budowaniu pewności siebie. Trening biegowy uczy pracy na celach, lepszej organizacji czasu, bo musimy znaleźć czas na treningi. Uczymy się też budowania strategii, wytrwałości i konsekwencji. Bieganie pomaga też się odstresować i zdystansować do tej codziennej gonitwy. Choć brzmi to zaskakująco, można się zrelaksować w biegu. Dla mnie bieganie to rodzaj aktywnej medytacji.

A ma Pani sposób na to, jak się motywować, kiedy się zwyczajnie nie chce, kiedy za oknem zła pogoda, my mamy gorsze samopoczucie albo nie daj boże okres?

Okres paradoksalnie to jest ten moment, kiedy na skutek działania hormonów wydolność kobiety jest większa niż zazwyczaj. Wiele życiówek zrobiłam w pierwszym lub drugim dniu okresu. Jeśli nie towarzyszą temu ciężkie dolegliwości, np. bardzo duży ból, nie ma przeszkód, żeby biegać. Niewielki ból dobrze jest zresztą wybiegać. A z motywacją jest tak, że kiedy wchodzę w rytm i biegam regularnie, nie muszę się dodatkowo motywować. Motywacja jest mi potrzebna teraz, kiedy wracam do biegania po dłuższej przerwie, bo w grudniu urodziłam synka. Powiesiłam więc sobie na lodówce plan treningowy, bo zostało mi 8 tygodni do półmaratonu, w którym chciałabym wystartować. To dla mnie najlepsza mobilizacja. Tym bardziej, że w ramach 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego można pobiec charytatywnie. Moje wpisowe, na które złożyli się przyjaciele i znajomi, zostanie przeznaczone dla Fundacji Wcześniak Rodzice – Rodzicom. Nie wypada ich zawieść.

Więcej na blogu Ania Biega.

bieganie kobieca strona mocy

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!

[mc4wp_form]

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij