Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Błękitne oczy pani Józefy

Błękitne oczy pani Józefy

fot. Archiwum rodzinne

Nikt nie zadał sobie trudu, by policzyć, ile wśród Polaków deportowanych w głąb Związku Radzieckiego znajdowało się dzieci. Pani Józefa była jednym z nich. Przeczytaj jej historię.


Nikt nie zadał sobie trudu, by policzyć, ile wśród Polaków deportowanych w głąb Związku Radzieckiego znajdowało się dzieci. Ich liczbę oszacowano na 30% wywiezionych, zakładając, że w statystycznej rodzinie było 2-4 dzieci. Wyrwane z rodzinnych domów, skazane zostały na poniewierkę, nędzę, głód, ciężką pracę, sieroctwo… Wiele z nich zmarło, ale są też takie, które przetrwały i żyją jako ostatni świadkowie tamtych okrutnych wydarzeń. Jednym z takich dzieci była pani Józefa Radziszewska. Wywieziona wraz z rodziną, znalazła swoje miejsce na ziemi i z dala od ojczyzny ułożyła sobie życie. Doczekała chwili, w której dane jej było wrócić do kraju, by tu znaleźć miejsce wiecznego spoczynku. Kiedy rozmawiałam z nią, ujęła mnie prostolinijnością, szczerością i pogodą ducha. Niestety, dziś już nie ma jej wśród żywych, ale ja nie zapomnę jej pięknych, błękitnych oczu dobrego człowieka.

Józefa Radziszewska, z domu Paluszkiewicz, córka Józefa i Józefiny. Tak właśnie. Ładnie, prawda? W dowodzie osobistym napisano: miejsce urodzenia Gienrychiwka. Po polsku Henrykówka. Tu się urodziła, tu spędziła dzieciństwo i pierwszą młodość. W Polsce była Józefą, w Kazachstanie Julią, teraz znowu jest Józefą.

Czy pamięta wywózkę? Pamięta, co ma nie pamiętać. Dwa albo trzy tygodnie wieźli ich z rodzinnej Henrykówki w nieznane. Z każdym kilometrem coraz dalej i dalej. Ludzie i zwierzęta poupychani w jednym wagonie, w strasznych warunkach. Rozpacz, strach i niepewność jutra. Tego nie da się zapomnieć. Nakazano im osiedlić się trzydzieści kilometrów od Ałma – Aty we wsi Dimitriwka. Nic tam nie było. Polacy dopiero musieli wybudować sobie barak.

Każda rodzina dostała po jednej izbie. Pani Józefa poszła do rosyjskiej szkoły. W Polsce ukończyła pierwszą klasę, w Kazachstanie pięć. I musiało wystarczyć. Mama umarła i ona musiała zająć się rodzeństwem, bo była najstarsza.
Ojca wzięli do wojska i słuch po nim zaginął. Mama dostała pismo, że poległ. Pod Lenino albo pod Stalingradem. Pani Józefa nie jest pewna gdzie. Dość, że nie wrócił. Wrócił za to narzeczony. Po czterech i pół roku rozłąki. Rafał Radziszewski dotarł z wojskiem aż do Berlina i chciał tam zostać. Pisał listy, żeby przyjechała, ale pani Józefa nie chciała. Więc on wrócił do Kazachstanu. Ślub wzięli w kościele w Ałama – Acie. Tak, był kościół. Wybudowany dla Polaków i Niemców. Jednej niedzieli msza była po polsku, drugiej po niemiecku. A potem już tylko po polsku, bo Niemcy wyjechali.

Mąż był bardzo przystojny, świadczy o tym fotografia zajmujące centralne miejsce na półce biblioteczki. Był tez dobry i zaradny. Gospodarny. Dostali działkę i mąż wybudował dom. Parterowy, nieduży ale ładny i wygodny. Trzy pokoje z kuchnią. I z wodą. Bania też była. Oj, bania to dobra rzecz, łazienka – choćby najpiękniejsza – jej nie zastąpi. Zorganizowali gospodarstwo: konik, krówka kupiona nie całkiem legalnie, świnka, kurki. W ogródku zasadzili warzywa. Oboje ciężko pracowali: mąż przy budowie dróg, pani Józefa w kołchozie przy burakach. Urodziły się dzieci. Trzy córki: Bronisława, Walentyna i Janina oraz dwóch synów: Stanisław i Paweł. Żyło się skromnie, ale szczęśliwie. Zwyczajnie, dzień po dniu. Czy tęsknili za Polską? Tęsknili, ale pogodzili się z tym, że żyją z dala od ojczyzny i tak musi być.

Mąż wspominając lata żołnierki, mówił z dumą, że był na Westerplatte. Opowiadał o tym, że w Polsce ludzie są bardzo dobrzy i życzliwi. Bardzo podobał mu się Sopot i Oliwa. Sopot znaleźli na mapie bez trudu, ale Oliwa? Gdzie to jest? Szukali aż znaleźli. Oliwa okazała się być dzielnicą Gdańska.

Ojcowska opowieść spowodowała, że córka Walentyna właśnie w Gdańsku postanowiła szukać nowego miejsca i nowego życia dla siebie i swoich dzieci. Walentyna ma wyższe wykształcenie, skończyła Instytut Ekonomiczny. Jednak w Polsce musiała się przekwalifikować. Zrobiła kursy i pracuje jako kosmetyczka „od twarzy”. Nie narzeka, chociaż musi sobie radzić sama. Mąż Walentyny nie zaaklimatyzował się w Polsce. Wrócił do Kazachstanu.
Kiedy pani Józefa zapragnęła wrócić do Polski? W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym. Wzięła udział w wycieczce zorganizowanej dla Polaków mieszkających w Kazachstanie. Osiemdziesiąt parę osób przyleciało samolotem, by zwiedzić Warszawę, Kraków i Częstochowę. Były serdeczne spotkania z ludźmi, udział w mszy świętej i uroczystym obiedzie. Było pięknie. Wtedy pomyślała, że powinna wrócić. Mąż nie żył. Syn Paweł zginął tragicznie. W Kazachstanie nic nie trzymało. Czy miała tam przyjaciół, bliskich znajomych? Nie, nie miała. Ani sił, ani czasu na życie towarzyskie nie starczało. Za nikim ani za niczym tam nie tęskni. Cała rodzina mieszka w Polsce, tylko córka Nina w Kanadzie.

W Polsce jest dobrze, lepiej niż w Kazachstanie. Tylko prawdziwej herbaty ze śmietanką napić się nie można, bo woda niedobra, bardzo niedobra. I śmietanki takiej jak tam nigdzie się nie kupi. Pomidorów kiszonych też tu nie ma. Raz Walentynie udało się zdobyć słoik tego rarytasu. Przyniosła do domu i …rozbiła! Pozbierała owoce, oczyściła starannie i zjedli – nie potrafili sobie odmówić dawno niekosztowanego przysmaku. I arbuzy w Kazachstanie są inne: wielkie, czerwone i bardzo słodkie, polskie się nie umywają.

Mieszkanie jest bardzo ładne. Dwa pokoje z kuchnią i łazienką. Przestronne, słoneczne. Walentyna ładnie je urządziła. Skromnie, ale gustownie. Walentyna jest elegancką kobietą. Lubi ładne rzeczy. Dba o dom. Bardzo się stara, żeby synowi i matce niczego nie zabrakło. To mieszkanie jest teraz przestrzenią życiową pani Józefy. Wspomagając się chodzikiem drepcze po domu. Owszem, ma wózek i mogłaby wyjeżdżać na dwór, posiedzieć na skwerku przed blokiem, popatrzeć na okolicę, ale drugie piętro stanowi przeszkodę nie do przebycia. Walentyna z wnukiem Wową nie dadzą rady jej znieść. Dopiero jak przyjdą inni synowie Walentyny, babcia może pojechać na spacer.

Najmłodszy wnuk, duma pani Józefy, ma imię Władimir, ale lubi zdrobnienie Wowa, nawet koledzy szkolni tak go nazywają. Tylko pani polonistka, mająca sentyment do Wysockiego, mówi Wołodia. Też może być. Wowa uczył się języka polskiego w Kazachstanie pół roku. W każdy poniedziałek od osiemnastej tej do dwudziestej. Trzeba było jechać do Ałmaty, bo tak miejscowi wymawiają nazwę stolicy. Po dwóch latach pobytu w Polsce mówi prawie bezbłędnie, tylko trochę wolniej niż po rosyjsku. Uczęszcza do liceum ogólnokształcącego. Uczy się bardzo dobrze, z matematyki od razu był najlepszy w klasie. Chciano, żeby polską edukację zaczął od trzeciej klasy gimnazjum, ale się nie zgodził. I tak tracił rok, bo liceum musiał zaczynać od pierwszej klasy. Dużo pracował i teraz przynosi świadectwa z czerwonym paskiem. W jakim języku myśli? W obu. Zależy od sytuacji. Nawet śni albo po rosyjsku, albo po polsku. A co z językiem kazachskim? Zna oczywiście bardzo dobrze, ale traktuje jak język obcy. Podobnie jak angielski i hiszpański, których uczy się teraz w szkole. W Polsce czuje się dobrze. W Kazachstanie po rozpadzie Związku Radzieckiego pojawił się nacjonalizm. Kto nie ma skośnych oczu, może usłyszeć: „wynoś się”. Dla nie- Kazachów przestało być bezpiecznie. Z przyjaciółmi, którzy tam zostali, Wowa kontaktuje się przez skajpa.

Pani Józefie jest przykro, że tak mało może pomoc córce w gospodarstwie domowym, ale sił już nie ma. Córka wychodzi do pracy, wnuk do szkoły. Ona posłucha radia, oglądnie telewizor, poczyta książkę. Czy czyta po polsku? Oczywiście, że czyta! Mama pilnowała, żeby nie zapomniała mówić i czytać po polsku. A już pacierz odmawiali całą rodziną wyłącznie po polsku – codziennie różaniec. Mama była bardzo pobożna i zaszczepiła swoim dzieciom wiarę, której nie zatracili przez lata życia w komunizmie. Pani Józefa nosi na szyi nanizane na sznureczek medaliki. Nigdy się z nimi nie rozstaje, pójdą z nią do grobu. Wujek z Ameryki przysłał im polską Biblię i tę Biblię czytała jak nie było innych książek w języku ojczystym. Przywiozła ją ze sobą do Polski. W Polsce jest dobrze. Zdrowie trochę szwankuje, ale cóż, ma przecież dziewięćdziesiąt jeden lat. Jak Bóg pozwoli, dożyje do setki. Będzie co ma być. Ona teraz ma wszystko czego jej potrzeba i jest szczęśliwa.

Pani Józefa uśmiecha się łagodnie. Jest drobna, szczupła, odrobinę przygarbiona. Siwe włosy zaczesuje gładko do tył. Niebieskimi oczyma spogląda życzliwie, z dobrocią i ufnością. Mówi ładną polszczyzną, chociaż wplata rosyjskie słowa. Nie skarży się na ciężki los, nie narzeka, nie czuje się skrzywdzona. A przecież miała niełatwe życie, wiele przeszła i przecierpiała. Pełna pogody ducha, wspomina życie tak, jak je pamięta. Może nie zawsze z historyczną dokładnością, może przekręca drobne fakty. Nieważne. To życie pani Józefy i jej o nim pamięć. I niech tak zostanie.

Pani Józefa

Wspomnień pani Józefy wysłuchały Anna Brudnik i Elżbieta Kubacka.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
  • Pani Józefa

  • Pani Józefa

  • Pani Józefa

  • Pani Józefa

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!