Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Czas na literaturę kobiet

Czas na literaturę kobiet

Joanna Laprus-Mikulska opowiada o nagrodzie literackiej Gryfia, literaturze kobiecej i stereotypach w literaturze
fot. Katarzyna Widmańska

Czy istnieje “literatura kobieca”? Czy parytety w literaturze mają sens? Jak kobiety zmieniają literacki świat? Przeczytaj rozmowę z Joanną Laprus-Mikulską, przewodniczącą jury nagrody Gryfia.

Nagroda Literacka dla Autorki “Gryfia” przyznawana jest piszącym kobietom od kilku lat. Dotychczas jej laureatkami były Magdalena Tulli, Zyta Oryszyn i Małgorzta Rejmer. W tym roku wśród pięciu nominowanych znalazły się Anna Janko z książką “Mała zagłada”, Magdalena Kicińska z książką “Pani Stefa”, Katarzyna Gondek z “Otolitem”, Renata Lis z “W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu” oraz Agata Tuszyńska z “Narzeczoną Schulza”. Laureatkę poznamy już 25 czerwca. Z tej okazji postanowiłam zapytać Joannę Laprus-Mikulską, redaktor naczelną wydawnictwa “Świat Książki” i przewodniczącą jury nagrody Gryfia, o to, czy nagroda, która wyróżnia wyłącznie pisarki ma sens i jest potrzebna. Jak zwykle, gdy punktem wyjścia jest dobra literatura, rozmowa dość szybko zeszła na dyskusję o kulturze, stereotypach, życiu i literackich awanturach. Pokusiłyśmy się też o przewidywanie trendów – czy miałyśmy rację i powieść obyczajowa przeżyje renesans? Czas pokaże. Póki co nadchodzi czas literatury kobiet.

Dagny Kurdwanowska: Nagroda Gryfia przyznawana jest pisarkom. O takiej literaturze zwykło się mówić „kobieca”. Naprawdę istnieje taka literatura, czy to tylko jedna z szufladek, w które można wrzucić książkę i autora?

Joanna Laprus-Mikulska: Nazwa nagrody, którą przyznajemy brzmi „Nagroda literacka dla autorki”. Jedynym kryterium wyboru osób nominowanych jest płeć. Nie wybieramy więc książki dlatego, że należy do kategorii „literatura kobieca”. To literatura pisana przez kobiety, a nie literatura kobieca.

Określenie “literatura kobieca” ma w sobie coś lekceważącego.

Podział na literaturę męską i kobiecą funkcjonuje od lat. Przy czym wpojono nam, że literatura kobieca jest gorsza, mniej ambitna, tworzona jakby mimochodem i przy okazji.

Mówiło się z pogardą o literaturze dla kucharek.

Dokładnie. Historycznie literatura męska traktowana była jako lepsza, poważniejsza, o większym znaczeniu. Dziś, kiedy patrzy się na to, co pojawia się w księgarniach, coraz lepiej widać, że te granice nie mają sensu i zaczęły się zacierać. Wystarczy spojrzeć na gatunek uważany do niedawna za typowo „męski”, czyli reportaż. Kobiety piszą genialne reportaże – Justyna Kopińska, Katarzyna Surmiak-Domańska, Ewa Winnicka, Magdalena Kicińska, Anna Janko, która z „Małą zagładą” znalazła się na pograniczu reportażu i literatury pięknej. Skrzywdzilibyśmy te autorki szufladkując ich twórczość jako „kobiecą”, czyli z założenia słabszą. Reportaże Kopińskiej pisane są przecież mocno, krótkimi zdaniami. Kicińska z kolei stworzyła „Panią Stefę” opierając się emocjonalności, o którą w przypadku tej książki byłoby naprawdę bardzo łatwo, a o którą jest posądzana właśnie literatura kobieca. Utkała niezwykle wiarygodną i rzetelną książkę unikając sentymentalizmu.

To pokazuje jak mocno zakorzenione są w naszych głowach stereotypy, także w dziedzinie literatury.

To, że kobiety przełamują granice nie oznacza wcale, że stereotypy przestają funkcjonować. Tkwią w nas głęboko, co widać w wielu dziedzinach, a i zdarza się czasami nawet w przypadku krytyki literackiej.

Książki pisane przez kobiety traktowane są inaczej? Jakiś czas temu Facebook żył dyskusją środowiska literackiego, jaka wybuchła wokół recenzji książki „Święto trąbek” Marty Masady , napisanej przez Dariusza Nowackiego w „Gazecie Wyborczej”.

W tej dyskusji ujawniło się coś, co mnie zaskoczyło – niektórzy ludzie, których cenię zawodowo, przyznali, że wciąż tkwią w stereotypach XIX-wiecznych. Książkę Marty Masady każdy może ocenić według własnej wiedzy i gustu. Jednym się podoba, inni mają do niej zastrzeżenia, zarzucając jej na przykład epatowanie tanią pornografią. Recenzent ma prawo skrytykować każdą książkę, jeśli znajdzie w niej wady. Problemem w tym przypadku nie była krytyka dzieła, tylko forma tej krytyki. Sposób, w jaki ta recenzja została napisana. Poczynając od obrzydliwego i ordynarnego tytułu, który był seksistowski – „Dajcie mi Żyda do łóżka”, a kończąc na tym, że był to tekst z tezą, która została obroniona w bardzo niefajny, protekcjonalny sposób.

Piękna blondynka napisała niemądrą książkę.

Wydawało mi się, że problem mieszczaństwa w sferze kultury i sztuki nie istnieje. A tymczasem tkwi mocniej i głębiej, niż większość z nas by myślała. Ciekawe, ile pokoleń musi się urodzić, żebyśmy mogli się tego wreszcie pozbyć.

Ciekawe jest także to, że Nowacki sam zarzuca Masadzie powielanie seksistowskich klisz. Jemu z kolei zarzucano w dyskusji także to, że ignoruje książki pisane przez kobiety.

W tej dyskusji nie chodzi o parytety, bo nie da się ich sztucznie ustawić. Nie ma sensu ustalać, że ma być pięć recenzji książek napisanych przez kobiety i pięć pisanych przez mężczyzn. Wciąż wierzę w naszą otwartość i w to, że nie musimy postrzegać literatury pod kątem płci. Liczy się to, czy książka jest dobra, wartościowa, czy wnosi coś w nasz świat.

Mówisz, że parytety nie mają sensu, a w przypadku Gryfii parytet wynosi 100% na rzecz kobiet. Nie ma tu sprzeczności?

Jak już wspominałam promujemy w ten sposób literaturę kobiet. Takie inicjatywy pojawiały się już w innych krajach dużo wcześniej.

Taka nagroda jest potrzebna w Polsce?

Przede wszystkim po to, żeby walczyć ze stereotypami, o których mówiłam. Uważam, że nadal trzeba to robić. Dzięki temu możemy też zwrócić uwagę na książki, które nie zostały nigdzie indziej zauważone, ani docenione, choć na to zasługiwały. Ta nagroda jest także elementem wspierania autorek w ich pisaniu.

Myślisz, że takie dyskusje jak ta ostatnio wokół recenzji Dariusza Nowackiego w tym pomagają?

Tak, dobrze się stało, że taka dyskusja wybuchła. Po pierwsze, ukazała, co w nas w siedzi. Co kogo boli, a co kogo irytuje. Po drugie pozwoliła pewne zjawiska nazwać po imieniu. A po trzecie uważam, że wszelkie dyskusje i awantury literackie są potrzebne i słuszne, pod warunkiem że prowadzą do konstruktywnych krytyk i wniosków. W całej tej sprawie zaskoczyło mnie coś jeszcze – niewiele pisarek zabrało w niej głos. Właściwie poza tekstem Kingi Dunin, który w merytoryczny sposób podsumował całą debatę i stał się ważnym głosem w tej dyskusji, niewiele się wydarzyło. Mam wrażenie, że kobiety wolały się nie wychylać.

Może obawiały się, że to w nie później uderzy. Jeśli spojrzymy na media, z obecnością w nich nie mają problemu tylko autorki reportaży czy kryminałów.

Nie, bo i nie mamy problemu z pisanymi przez kobiety reportażami i kryminałami, które są świetne. Problem mamy z literaturą obyczajową. I ten problem jest złożony. Z jednej strony funkcję literatury obyczajowej przejęły dziś kryminały, które zbudowały sobie mocną pozycję. Pisanie kryminałów jest na topie i nobilituje autora. Z drugiej proza obyczajowa wciąż bywa kojarzona z romansami. Jakiś czas temu z Anną Dziewit-Meller, Katarzyną Tublewicz, Grażyną Plebanek i Remigiuszem Grzelą pisaliśmy na łamach Gazety Wyborczej, że Alice Munro nie miałaby w Polsce szans. Że nawet jej książki wydawano w stylistyce romansowej, z różowymi okładkami, żeby zdjąć z nich nieco ciężaru, pokazać czytelnikowi, że ta książka nie jest aż tak strasznie ambitna. Z trzeciej wciąż mało jest naprawdę dobrych powieści obyczajowych na rynku.

Jako wydawca dostajesz dobre powieści obyczajowe?

No właśnie nie tyle, ile bym sobie życzyła. Aczkolwiek obserwuję rozwój tego gatunku. Jakiś czas temu był trend na książki spod znaku „kobiety na pomoście” – co okładka, to była na niej kobieta, stojąca na pomoście i patrząca w siną dal. Ich fabułę można było sprowadzić do tego, że kobieta na życiowym zakręcie postanawiała zmienić swoje życie, wyjeżdżała na wieś, lub do rodzinnego miasteczka a w finale odnajdywała wielką miłość. Teraz pisarki zaczynają sięgać po tematy coraz trudniejsze. Przykładem jest „Góra Tajget” Anny Dziewit-Meller – autorka drastyczny temat podaje w formie powieściowej i przystępnej. Liczę na to, że takich książek będzie coraz więcej.

U nas to, co przystępne postrzegane jest jako mało ambitne. Anglosasi przystępność uważają za jedną z największych wartości książki.

Tu wracamy do kwestii edukacji i promocji czytelnictwa, której wciąż u nas bardzo brakuje. Świat Książki wydaje znakomitego brytyjskiego pisarza Juliana Barnesa. Zdobył prestiżowe nagrody na świecie, jest jednym z najbardziej cenionych autorów ostatnich lat i jestem dumna, że możemy go pokazać polskim czytelnikom. Ale ten czytelnik wciąż boi się takich książek i kiedy przychodzi do sprzedaży, to w Polsce jest to pisarz wciąż za mało znany.

Juliusz Kurkiewicz zwrócił ostatnio uwagę czytelników w Polsce na książki Elizabeth Strout, Michał Nogaś wprowadził do Polski prozę Jaume’a Cabre. Może po prostu Barnes nie trafił jeszcze na swojego Nogasia?

To jest pytanie o rolę autorytetów. To, co robią Justyna Sobolewska, Michał Nogaś czy Juliusz Kurkiewicz jest dla czytelnictwa ogromnie ważne. Ale ile jest jeszcze tych prawdziwych autorytetów, którym naprawdę ufasz? Zwróć uwagę na blurby [rekomendacje] na okładkach. Książki polecają już gwiazdy z telewizji śniadaniowej albo pani, która zajmuje się rzeźbieniem brzucha. Mało tego, każda książka, którą weźmiesz do ręki, jest nazwana arcydziełem. Marketing trochę wyszedł przed książkę i przedobrzył. Książka jest produktem i musi się sprzedawać. Natomiast gdzieś została zburzona równowaga. Tych działań promocyjnych jest tak wiele w przypadku niektórych tytułów, że powoli przestaje to działać. Ludzie nie kupują już tego, że każda promowana książka jest wybitna albo że jest „najbardziej wyczekiwanym bestsellerem XXI wieku”. Za dużo w tym wszystkim wielkich słów, za mało rozmowy o książce. Ale ja wierzę, że trzeba robić swoje i dlatego właśnie kupiliśmy jego kolejną książkę.

Wśród książek nominowanych do Gryfii jest tylko jedna powieść.

„Otolit” Katarzyny Gondek. To niezwykła książka, która przeszła właściwie bez echa. Muszę się trochę wytłumaczyć z tej nominacji, bo to tytuł ze Świata Książki. Nie miałam z nim jednak nic wspólnego, ponieważ został wydany zanim przyszłam do wydawnictwa. Dopóki nie został zgłoszony do Gryfii, nie miałam nawet okazji „Otolitu” przeczytać. Kiedy już po niego sięgnęłam, całkowicie mnie zaskoczył. Gondek jest autorką z dużym potencjałem. Jeśli tak wygląda jej druga książka, to już nie mogę doczekać się kolejnych. Jej literackość jest wyjątkowa – to książka pięknie napisana, zbudowana w sposób niezwykle świadomy. Nie mieliśmy wątpliwości, że to najlepsza z powieści. Była to też jedyna książka, co do której byliśmy w ocenie jednogłośni.

To przypadek, że wśród nominowanych tytułów znalazły się w tym roku mocne portrety oraz książki o relacjach matki z córką?

Kompletny przypadek. Podobnie jak to, że każda z nich dotyka w jakiś sposób przeszłości. Wszystkie są też znakomite – i to była dodatkowa trudność. W tym roku zgłoszono ponad 100 książek. Wiele z nich było na bardzo wyrównanym, wysokim poziomie. Do tego stopnia, że nie mieliśmy wyraźnej faworytki. Musieliśmy znaleźć naprawdę mocne kryteria wyboru, żeby uzasadnić nominacje.

Wybraliście najlepsze z najlepszych?

Na pewno wybraliśmy książki, które nikogo nie pozostawiają obojętnym. Każda z nich wywołuje emocje. Także książka Agaty Tuszyńskiej, która ma rzesze zwolenników i przeciwników. I to jest fantastyczne, bo wprowadza różnorodność. To był na pewno rok reportażu. Ale nie powinno to nikogo dziwić, bo reportaż dojrzewał przez wiele lat – mamy genialną polską szkołę reportażu. To przynosi dziś owoce. Myślę, że z powieścią też w końcu tak będzie – ona już dojrzewa. Za chwilę posypią się świetne książki.

I pojawią się kolejne świetne autorki.

Teraz przyszedł czas kobiet – mogę się pod tym podpisać.

***

Joanna Laprus-Mikulska, promotorka literatury i kultury czytania, redaktor naczelna wydawnictwa “Świat Książki” W latach 2008-2010 redaktor naczelna miesięcznika “Bluszcz”, w latach 2011-2013 redaktor naczelna miesięcznika “PAPERmint. Magazyn o książkach”. Przewodnicząca jury „Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia”. Współautorka książki “Bez makijażu. Prawdziwe historie kobiet” (z Willą Shalit).

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!