Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Już nic nie muszę. Ja mogę chcieć – mówi Paulina Smaszcz-Kurzajewska i dzieli się tym, jak nauczyła się doceniać siebie i cieszyć tym, co osiąga.

Już nic nie muszę. Ja mogę chcieć – mówi Paulina Smaszcz-Kurzajewska i dzieli się tym, jak nauczyła się doceniać siebie i cieszyć tym, co osiąga.

Paulina Smaszcz-Kurzajewska
Paulina Smaszcz-Kurzajewska

 

– W jednym z felietonów, które napisałam, jest taka odezwa do kobiet, żeby komunikowały swoje pragnienia, a do mężczyzn, żeby się w nie wsłuchali. Bo lepiej jest otworzyć szeroko ramiona i mieć w nich spełnioną kobietę, której rosną skrzydła, niż niespełnioną kobietę, która z frustracji wyrywa sobie pióra – mówi Paulina Smaszcz-Kurzejewska.

Dagny Kurdwanowskiej opowiedziała, czy mówienie „nie” wyzwala, dlaczego czas już skończyć z myśleniem, że kobieta jest maszynką do spełniania cudzych oczekiwań oraz co zrobić, by wyczuć, kiedy ambicje zapędzają nas w ślepą uliczkę.

Paulina, jesteś ambitną kobietą?

Paulina Smaszcz-Kurzejewska: Tak, nawet bardzo ambitną. Myślę, że o tym świadczy moje życie prywatne i zawodowe.

A można z ambicjami przesadzić?

Oczywiście. Sama wpadłam w pułapkę nadmiernych ambicji. Większość kobiet, która dużo chce, szybko i zdecydowanie działa, nie potrafi się zatrzymać, żeby nasycić się tym, co osiąga. Jeśli pytasz o moje doświadczenia, to zaczęłam uczyć się tego dość późno, kiedy zorientowałam się, że idę coraz dalej, coraz wyżej, ale nie mam czasu się tym nawet ucieszyć.

Biegniesz, realizujesz, znowu biegniesz – jak w kołowrotku.

Jeśli tak działasz, to coś jest nie tak. Pamiętam rozmowę z moją przyjaciółką, która opowiedziała mi o fryzjerce spotkanej w salonie. Ta dziewczyna mówiła o tym, że przyjechała z małego miasta, że ta praca, w dobrym salonie fryzjerskim w Warszawie, to jest spełnienie jej marzeń. To nawet nie był jej salon, po prostu w nim pracowała, a jednocześnie potrafiła się tym osiągnięciem, które dla niej było duże i ważne, cieszyć. Była szczęśliwa. Wracałam potem do domu i nie mogłam przestać o niej myśleć – ta dziewczyna potrafiła docenić to, co ma, a ja – penera z poznańskich Jeżyc ciągle gdzieś gnam i nie jestem w stanie się wytarmosić, wytarzać i nasycić tym, co udało mi się zdobyć. To był ten moment, kiedy powiedziałam sobie – „Prrrrr, szalona! Dzieciaku, o co ci właściwie chodzi w życiu?”. I zaczęłam się krok po kroku dowiadywać, uczyć i doceniać siebie.

Łatwo poszło?

To nie jest tak, że sobie powiesz, że chcesz i już – potrafisz. Zaczyna się od długich rozmów ze sobą.
Do mnie przemawia teoria refleksyjności Margaret Archer, wybitnej socjolożki, która mówi właśnie o tym, że człowiek ma różne rodzaje refleksyjności, więc musi ze sobą rozmawiać. Jeśli chcesz coś w sobie zmienić, musisz sobie powiedzieć czego chcesz, a czego nie chcesz. Szukałam więc odpowiedzi na różne pytania. Co mi daje siłę? Co mnie satysfakcjonuje? Co mnie odrzuca? Czego nie lubię? Czego nie chcę akceptować? Kiedy już zaczynasz te odpowiedzi znajdować, dzieją się cuda. Wspaniale jest, tak jak u mnie teraz – mieć 45 lat i komuś, kto zabiera ci energię, jest zły, niedobry, jest wampirem emocjonalnym powiedzieć: fuck off. I to samo móc powiedzieć krytykowi siedzącemu w głowie. A z drugiej strony spojrzeć na siebie, wokół siebie i powiedzieć: „Jak cudownie, że mogę sobie tak posączyć tę kawę, poczytać książkę, nakarmić duszę”. I potem jeszcze sobie napisać: to i to już osiągnęłam – czy ja jeszcze coś muszę?

I jaka jest odpowiedź?

Ja to już nic nie muszę. Ja mogę chcieć.

Zaczęłyśmy od pułapki, w którą wpadamy z powodu nadmiernych ambicji. Ale przecież to właśnie ambicje pomagają nam stawiać sobie poprzeczkę wyżej, znajdować determinację do pokonania przeszkód. Potrafisz już dziś zobaczyć ten moment, w którym ambicje zamiast wspierać, szkodzą?

Tak, już potrafię wyczuć ten moment, kiedy ambicje stają się toksyczne. Umiem to zobaczyć, kiedy myślę o konsekwencjach. Weźmy prozaiczny przykład – awans w pracy. Przychodzą przełożeni i proponują mi, bym objęła kolejny dział. Gdybym kierowała się tylko ambicją, pewnie przyjęłabym tę propozycję z otwartymi ramionami. Ale można spojrzeć na to też inaczej. Pozytywną konsekwencją awansu byłoby to, że wzmocnię swoją pozycję w firmie, będę zarządzać większym budżetem i zespołem. Negatywna konsekwencja byłaby taka, że będę bardziej zmęczona, bardziej zaangażowana w pracę niż w dom, będę miała mniej czasu dla mojego syna i rodziny. I kiedy zrobisz sobie taki balans konsekwencji i połączysz to z innymi rzeczami, będziesz mogła podjąć decyzję. Jeśli na ten moment ważniejszy jest czas spędzony z rodziną, dziękujesz za awans. Jeśli twoje dzieci właśnie idą na studia, twój partner postanawia przejąć większość obowiązków, żebyś mogła się rozwijać, przyjmujesz go.

W jaki sposób określasz te konsekwencje? Bo przecież w takich momentach chociażby nasz wewnętrzny krytyk chętnie się włącza i kreśli różne czarne scenariusze – „Jak przyjmiesz ten awans, będziesz zaniedbywać rodzinę” albo w drugą stronę – „Jak nie przyjmiesz tego awansu, już nigdy nie dadzą ci w tej firmie szansy”. Jak odróżnić to, co jest realne od tego, co wypływa z naszych lęków?

Pomaga doświadczenie. Przede wszystkim jednak myślę, że na tym polega dorosłość – na umiejętności wzięcia na siebie konsekwencji pozytywnych lub negatywnych. Przy naszych zdolnościach do snucia czarnych scenariuszy, zaskakująco często koncentrujemy się tylko na tym, co pozytywnego może się wydarzyć.

Zaklinamy w ten sposób rzeczywistość, której się obawiamy.

Widać to choćby na rozmowach rekrutacyjnych. Kandydaci, którzy starają się o stanowisko myślą tylko o tym, co pozytywnego się wydarzy, jeśli będą na tym stanowisku. Rzadko myślimy o negatywnych konsekwencjach naszych wyborów.

Które nie są tym samym, co czarne scenariusze?

Nie, to raczej element dojrzałego przemyślenia tego, na co się decyduję i co ta decyzja za sobą niesie. Podam ci przykład. Jakiś czas temu przyszła do mnie pracownica, która jest na urlopie macierzyńskim, żeby porozmawiać o powrocie do pracy. Powiedziałam jej, że oczywiście może wrócić, że jest fantastycznym pracownikiem i bardzo za nią tęsknię, ale czy dobrze wszystko przemyślała? Jej synek miał wówczas 7 miesięcy – a co, gdyby nie zaadaptował się w żłobku? Jeśli nie zaakceptuje innych dzieci, tej sytuacji – co wtedy? Odpowiedziała mi, że w ogóle takiej sytuacji nie założyła. A jednak, jeśli jesteś dojrzałą mamą, musisz założyć, że i tak może się stać. Kiedy to już wiesz, możesz wszystko lepiej zaplanować.

Czyli w zasadzie polega to trochę na tym, by stworzyć sobie ileś pozytywnych scenariuszy, ileś negatywnych, a potem wyważyć je i ryzyko, które za sobą niosą?

Myślę, że trzeba podejmować ryzyko. Ryzyka nie wolno ważyć.

Bardziej mam na myśli sytuację, kiedy czegoś bardzo chcemy, więc zamiast myśleć o różnych konsekwencjach, wmawiamy sobie – A po co ja się w ogóle będę przejmować na zapas?

Tak jest, bo pseudocoaching nam wyprał mózg, więc wszystko co jest negatywne i czarne odrzucamy. Jak ja widzę tych pseudocoachów, którzy jak katarynki powtarzają: Musisz! Więcej! Trzeba! – to w duchu odpowiadam im: „Pocałujcie mnie w dupę”. Ja nic nie muszę. Na moich wykładach dla kobiet uczę, że to nie cel jest szczęściem, szczęściem jest droga, którą pokonujemy. A czy osiągniemy ten cel, czy go nie osiągniemy, to nie ma już takiego znaczenia. Samo przejście drogi już jest dla nas rozwijające. To, że nauczymy się na niej, że można się potknąć, a potem podnieść i iść dalej. Albo to, że potkniemy się i będziemy smutne z tego powodu przez następne pół roku. Zobacz, że w tym świecie hura-pozytywnych komunikatów smutek albo wyciszenie jest odbierane negatywnie.

I wtedy słyszmy – Czemu ty jesteś taka smutna? Uśmiechnij się!

Tak. A to jest przecież coś naturalnego – jak radość z sukcesu, tak jest i smutek z powodu tego, że coś nie udało. Po to przychodzi jesień i zima, żeby się wyciszyć, a na wiosnę się obudzić. Nie muszę mieć zawsze uśmiechu przyklejonego na twarzy, mam też prawo się wyciszyć i to nie jest nic złego.

Myślenie o szczęściu jako drodze pomaga nam uciszyć nasze lęki?

Tak, i ułatwia podejmowanie ryzyka, którego tak się boimy. Często z różnymi dziewczynami rozmawiam o doktoracie. Wiele z nich obawia się, że go nie obronią. No to nie obronisz, co z tego? – mówię. Sam proces pisania, prowadzenia badań trwa prawie cztery lata. Zobacz, ile to spotkań z ciekawymi ludźmi, wykładów, rozmów – jak wiele to nam może dać.

No tak, ale tu zaraz odzywają się te wszystko przekonania, które nam wtłaczano do głowy – Jak już coś zaczęłaś, to musisz skończyć! Jak nie skończysz, to będzie porażka.

To chore myślenie. Mam bardzo mądrą przyjaciółkę, której córka zaczęła studia, będąc przekonaną, że to są studia jej marzeń. Po czym po pierwszym roku stwierdziła, że nie jest w stanie się na nich odnaleźć, tematy ją przytłaczają, ciągle jest smutna. I jej matka, a moja przyjaciółka, poradziła jej, żeby po prostu spróbowała czegoś innego. To jest bardzo dojrzałe podejście. Spróbuj raz, drugi, trzeci, sprawdź, co sprawia ci radość, satysfakcję. A wielu rodziców rozmawiając o dziecku, które po raz trzeci zmieniło studia, mówi – nieudacznik. Jak młody człowiek mający 18 czy 19 lat może decydować o tym, co będzie w robił życiu? Skąd on ma to wiedzieć? Zobacz, ilu trzydziestolatków ciągle tego nie wie.

A można mieć 40-50 lat i całkowicie zmienić swoje życie.

Mam koleżanki, które pracowały w korporacji i kiedy miały po czterdzieści kilka lat, uznawały, że to połowa ich życia i mają już dość takiego tempa. Czuły się zmęczone, wypalone, już tak nie chciały żyć. Jedna z nich stwierdziła, że woli lepić garnki. Mąż z początku był przerażony, bo ona dobrze zarabiała, a teraz jej pensja już nie miała wpływać co miesiąc na konto. I to on miał obawy, jak sobie poradzą. Ale okazało się, że nie tylko sobie poradzili, ale i żyje im się lepiej, bo ona zaczęła robić to, co kocha.

Odnalazła swoje miejsce.

Tak! Jakiś czas temu oglądałam w telewizji reportaż o wolnych niedzielach w handlu. Wypowiadała się w nim pewna pani kasjerka – jak to była fajna babka! Powiedziała, że od 17 lat jest kasjerką i kocha swoją pracę. Może to i nie jest dobra praca, ale ona ją uwielbia, bo może sobie z ludźmi porozmawiać i nie wyobraża sobie siebie gdzie indziej, na innym stanowisku. I właśnie o to chodzi, żeby odnaleźć swoje miejsce i żyć w zgodzie ze sobą. Sama pewnie nie raz widziałaś jaką pułapką jest taki nieszczęśliwy materializm – kupię sobie te szałowe buty, będę miała lepszy samochód, większe mieszkanie, awansuję to będę szczęśliwsza. Ale nie jesteś, a życie ucieka. I na koniec okazuje się, że tylko kupowaliśmy namiastkę szczęścia, ale naprawdę szczęśliwi nie byliśmy ani przez chwilę.

Tak, bo to sposób na uzależnienie swojego szczęścia od tego, co na zewnątrz, a przecież szczęście buduje to, co jest w nas i to, czego nikt nam nie może zabrać. Szukanie swojego miejsca w życiu to także zgoda na zmianę i trudne momenty, które za tym idą. Sama ostatnio doświadczyłam dużej zmiany zawodowej i kiedy było naprawdę ciężko, byłam zestresowana, przerażona, miałam ochotę odpuścić. W głowie pojawiało się wiele wymówek, żeby już sobie dać spokój. Zmierzam do tego, że mamy często zbyt idealistyczne podejście do zmiany i wydaje nam się potem, że jeśli idzie ciężko, z oporami to ta zmiana nie jest wcale dla nas dobra.

W takich chwilach przydaje się wsparcie innych. Warto zastanowić się, kto jest naszym sojusznikiem w zmianie, a kto może być hamulcowym. Ważne jednak, żeby do głosu dopuścić różne perspektywy, także tę mniej sprzyjającą albo subiektywną, która mówi – to mi nie służy. Ludziom, którzy nas znają możemy zadać proste pytanie – Jak tak obserwujesz mnie w tej zmianie to, czy twoim zdaniem jestem szczęśliwsza? Jeśli usłyszymy, że tak, bo częściej się uśmiechamy, jesteśmy naładowane nową energią, aż chce się z nami być, to może jednak ta zmiana jest dobra? To, że się teraz potknęłaś, wcale nie znaczy, że to nie jest dla ciebie, jeszcze daj sobie szansę. Same zazwyczaj mamy większą skłonność oceniania siebie negatywnie niż pozytywne.

Wyniki badań, które zrobiłyśmy w ramach akcji „Stać mnie na sukces” pokazały, że kobiety właściwie w ogóle nie wierzą w siebie, że boją się zmian, boją się wyjść poza to, co znają, a jednocześnie mają ogromną potrzebę, żeby to zrobić. Tak jakby miały już skrzydła i były gotowe, żeby polecieć, ale coś lub ktoś ciągle trzyma je za nogi. I nie zawsze jest to tylko wewnętrzny krytyk, czasem są to też bliscy.

Bo oni tej kobiety używają jako narzędzia do spełniania swoich oczekiwań. Ona nie spełnia swoich oczekiwań, spełnia ich oczekiwania.

I jest niewolnicą swoich przekonań i cudzych oczekiwań. Czujesz, że jesteś już od tego wolna?

Tak, ale to też nie przyszło mi od razu. To jest wypracowane.

Jak nad tym pracowałaś?

Podobnie jak w przypadku doceniania siebie i swoich sukcesów, o którym mówiłam – to długie rozmowy samej ze sobą. Bardzo często nasz obraz siebie uzależniony jest od tego jak nas widzą i oceniają inni. My się przeglądamy w ich oczach i potem myślimy o sobie to samo. Kiedy sobie to uświadomiłam, powiedziałam sobie tak: Zaraz, zaraz, ale to przecież tak nie jest, ja wcale taka nie jestem. To moment, kiedy możesz spojrzeć na siebie inaczej i zacząć dostrzegać swoją wartość. To także moment, w którym zaczynasz uczyć się szanować siebie. Myślę, że kluczowa jest tu asertywność.

A jak rozumiesz asertywność?

Opowiem ci to na przykładzie. Kiedy pisze do mnie koleżanka, która dawno się nie odzywała, zapraszając mnie na kawę, to zastanawiam się, dlaczego ona do mnie pisze. Czy ona czegoś ode mnie chce, czy rzeczywiście tęskni za mną. Dlatego dopytuję – czy mogę coś dla niej zrobić lub czy coś się dzieje. Wtedy zazwyczaj okazuje się, że ta kawa to pretekst, żeby coś załatwić. Jeśli mogę pomóc, pomagam, jeśli nie, odmawiam, a z kawy grzecznie rezygnuję, bo szanuję swój czas. Inny przykład, kiedy ktoś dzwoni do mnie i próbuje skorzystać z mojej energii i doświadczenia – „Mam taki projekt i chciałbym podpytać, jak by tu można zaplanować strategię PR”. Wówczas mówię tak: „Wiesz co, to przygotuj mi maila, wypisz wszystko, czego potrzebuję, a ja ci wycenię tę usługę”. I zdarza się, że pojawia się zdziwienie – „Ale jak to – wycenisz? To nie pomożesz mi po starej znajomości?”. A dlaczego mam pomagać, przecież to mój czas, wiedza, z tego żyję. Kiedyś byłam pierwsza, która od razu rozdałaby kontakty, pomogła, sama napisała. Już tego nie robię. Nie rozdaję energii za darmo. Jest takie powiedzenie: nie przepływam morza dla kogoś, kto nie jest w stanie dla mnie przeskoczyć kałuży.

Bardzo cenna umiejętność.

Ale ciężko wypracowana. I – przyznaję szczerze – bardzo wbrew sobie.

No właśnie, kolejna pięta achillesowa kobiet – poczucie winy, że się odmówiło pomocy.

Wspólnie z Maćkiem przyjęliśmy zasadę, że nie pożyczamy nikomu pieniędzy. Ludzie rozumieją często pomoc właśnie jako pożyczanie pieniędzy. Jeśli ktoś mnie o to prosi, mówię: „Słuchaj, nie pożyczę Ci pieniędzy, ale mogę pomóc inaczej. Czego potrzebujesz? Czy kupić coś dzieciom? Pomóc ci gdzieś wysłać CV? Chcesz ze mną pogadać?”. Staramy się zaoferować pomoc w inny sposób. Powiem tak – to nie ty powinnaś mieć problem, że odmawiasz. Niedawno miałam rozmowę z moimi pracownikami i słyszę, że ktoś mówi: „Słuchaj jak to zrobić, żeby on się nie obraził?”. Więc mówię – powiedzieć prawdę. Miło, kulturalnie, grzecznie, ale powiedzieć prawdę. Wtedy pojawia się wątpliwość – a jeśli ten ktoś się obrazi? Ale to jest jego sprawa! Nie możesz się wszystkimi opiekować. Uważam, że stawiając granicę i mówiąc „nie”, nadal możesz być miłym, kulturalnym, szanującym siebie człowiekiem. Jeśli się tego nie nauczysz, ludzie cię tylko użyją. Mało tego, jeśli dasz się użyć, to oni wcale nie będą cię za to szanować.

To przychodzi z wiekiem i z dojrzałością?

Nie, trzeba dostać ostro w kość.

A bez tego się nie da?

Może u innych się da. Moje doświadczenie jest właśnie takie. Byłam dobra, lojalna, zawsze gotowa rzucić wszystko, żeby pomagać i dostałam ostro w kość. Ale jeśli spojrzysz na to z perspektywy konsekwencji, zaczynasz dostrzegać nie to, że ktoś jest temu winny, ale, że ty popełniłaś gdzieś błędy. I gdy sobie zdasz sprawę, że to jest po prostu konsekwencją twoich decyzji, możesz być pewna, że dokładnie dotarłaś do źródła problemu. Jaka to jest ulga, kiedy sobie mówisz: już tego nie zrobię.

Dzięki temu nie rozpamiętujesz i nie drążysz, pytając wciąż – dlaczego ja?

Nigdy do tego nie dojdziesz. Tak wiele mogło być przyczyn. Myśląc o konsekwencjach, i tych pozytywnych, i tych negatywnych możesz od razu zastanowić się, co zrobić. Jeśli konsekwencje są pozytywne – rewelacja. Jeśli negatywne, zastanów się, czy je udźwigniesz.

Ależ to proste!

Nie wiem, czy to jest proste. Wydaje mi się, że wbrew pozorom to bardzo trudno.

W realizacji na pewno, ale jako filozofia i styl myślenia, to tak wiele ułatwia. Czujesz się silniejsza dzięki temu, że potrafisz mówić stanowczo „nie”, kiedy coś ci nie pasuje?

Nie wiem, czy silniejsza, ale na pewno szczęśliwa i bardziej spokojna. Nie marnuję czasu i energii, mogę za to poczytać, mogę spędzić czas z moim synem. Nie frustruję się.

Jesteś bardzo energiczną, dynamiczną kobietą. Jak dbasz o siebie i o wyciszenie? Ambitnym kobietom o równowagę nie jest łatwo.

Lubię czytać – to dla mnie forma relaksu. Kiedy jestem wykończona, to zapalam sobie świeczkę albo włączam ulubioną muzykę i po prostu idę spać. Wiem, że ten balans jest potrzebny. Jeśli prowadzę bardzo trudny i wymagający projekt, czyli używam swojego intelektu i kreatywności, to balansem musi być ukojenie duszy. Jeśli pojawia się duży wysiłek sportowy, to później musi być wysiłek intelektualny. Staram się zawsze mieć czas, żeby odpocząć. To nie jest proste, ale kiedy jest się aktywną osobą, dobrze zaplanowany kalendarz to podstawa.

Jak wygląda twój kalendarz?

U mnie wszystko jest uporządkowane – od godziny do godziny. O zobacz, tu mam wpisane nasze spotkanie, o 16:30 kolejne. I dbam o to, żeby wszystko szło punktualnie. Bo jeśli gdzieś się spóźnię, konsekwencja będzie taka, że wypadnie mi pół godziny, które mogłabym potem poświęcić na przytulanie się z moim synem. Wielu ludziom czas przecieka przez palce. Ja sobie na to nie pozwalam.

Bo znasz konsekwencje. Zobacz, ile o nich dziś rozmawiamy.

Niepotrzebnie boimy się tego słowa. Konsekwencja może być przecież pozytywna. Dzięki temu, że w ciągu dnia zrobię wszystko tak, jak zaplanowałam, po południu będę miała czas, żeby z synem upiec chleb. Negatywna konsekwencja? Zaniedbam terminy, pozwolę, żeby spotkania się przeciągały, wrócę do domu zła, zmęczona i spóźniona. Konsekwencją będzie też smutek mojego syna, za który ja jestem odpowiedzialna, a nie on. A wtedy trzeba przykleić powieki, żeby nie opadały i powiedzieć: „Chodź, zrobimy wspólnie chleb, bo na to czekałeś cały dzień”.

Po naszej dzisiejszej rozmowie lepiej rozumiem zdanie, które stało się mottem twojego kwestionariusza w akcji „Stać mnie na sukces”: „Odmawiaj, gdy nie chcesz, zgadzaj się, gdy czegoś pragniesz”.

Tak, dokładnie. Zwróć uwagę jak wiele kobiet nie potrafi powiedzieć, czego pragnie. Wiesz jak trudno jest kobietom to zdefiniować? Na przykład, że pragną czułości albo przytulania i dotyku. Ja wtedy pytam – „Kiedy pani ostatni raz powiedziała partnerowi, żeby panią przytulił?”. I słyszę w odpowiedzi: „Przecież ja nie będę mówić takich rzeczy, on się powinien domyślić!”. Naprawdę? On w życiu się nie domyśli! Do partnera trzeba podejść i powiedzieć mu: „Kochanie, ja bym tak chciała teraz usiąść obok ciebie, żebyś mnie przytulił i nic nie mów, tylko mnie przytul”.

To komunikat „ja” zamiast „ty”. Ja potrzebuję zamiast ty masz się domyślić.

W jednym z felietonów, które napisałam, jest taka odezwa do kobiet, żeby komunikowały swoje pragnienia, a do mężczyzn, żeby się w nie wsłuchali. Bo lepiej jest otworzyć szeroko ramiona i mieć w nich spełnioną kobietę, której rosną skrzydła, niż niespełnioną kobietę, która z frustracji wyrywa sobie pióra.

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!

NEWSLETTER

Potrzebujesz jeszcze więcej motywacji, inspiracji i wiedzy?

Bądź na bieżąco i zapisz się do naszego newslettera!





Podanie przez Ciebie powyższych danych osobowych jest dobrowolne, ale niezbędne do korzystania z Newslettera.
Zapisując się wyrażasz zgodę na przesyłanie przez nas informacji o tematyce motywacyjnej, rozwoju osobistego, nowościach w serwisie oraz informacji handlowych.
Administratorem danych osobowych jest Fundacja Sukcesu Pisanego Szminką z siedzibą w Warszawie (00-012) przy ul. Podchorążych 75/77 lok. 2.
Zapoznaj się z naszą Polityką Prywatności, z której dowiesz się, jak chronimy Twoje dane.

Na tej stronie wykorzystujemy cookies. Uzyskujemy do nich dostęp w celach analitycznych oraz w celu zapewnienia prawidłowego działania strony. Jeżeli nie wyrażasz na to zgody, możesz zmienić ustawienia w swojej przeglądarce. Zobacz więcej w Polityce Prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close