Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Po napisaniu tej książki odzyskałam spokój

Po napisaniu tej książki odzyskałam spokój

Sylwia Zientek
Sylwia Zientek, fot. Krzysztof Opaliński

„Kolonia Marusia” to książka o trzech pokoleniach kobiet i doświadczeniach, które naznaczyły ich życie i relacje. O tym, czy pisanie oczyszcza mówi Sylwia Zientek.


Tytułowa Kolonia Marusi była niewielką wioską na Wołyniu. Dziś nie ma po niej śladu. Latem 1943 roku mieszkańcy albo zginęli albo uciekli. Mordy na Polakach, do których doszło wówczas na Wołyniu znane są jako rzeź wołyńska. Babcia Sylwii Zientek miała szczęście – udało jej się przeżyć tamte dramatyczne wydarzenia. Wraz z mężem i małymi dziećmi przedostała się z terenów dzisiejszej Ukrainy do Polski, gdzie mieli zacząć nowe życie. Ale wołyńskie duchy prześladowały ją i jej córkę do końca ich życia. Dramatyczne doświadczenia babci i matki pisarki miały ogromny wpływ także na nią. „Kolonia Marusia” jest więc książką nie tyle o Wołyniu, ale o tym jak trauma tamtych wydarzeń zmieniła życie trzech pokoleń kobiet i jak każda z nich próbowała sobie z tym radzić.

O sile wsparcia i pamięci, przywracaniu spokoju i zrozumieniu trudnych wyborów Sylwia Zientek opowiedziała Dagny Kurdwanowskiej.

Wychowałaś się w rodzinie, która przeżyła Wołyń. Do niedawna to był temat, o którym mówiło się mało lub wcale. Wiele zmienił film Wojciecha Smarzowskiego. Dziś w księgarniach książki o Wołyniu mają swoje półki, Wołyń pojawia się nawet w kolorowych magazynach, stając się materiałem okładkowym. Czujesz, że coś się zmieniło w naszym podejściu do tego tematu?

Faktycznie film Wojciecha Smarzowskiego wiele zmienił. To, że Wołyń funkcjonuje już w masowej świadomości to jego zasługa. Dzięki dyskusjom wokół filmu, nawet jeśli ktoś nie był w kinie i nie widział „Wołynia” ma jakiś obraz tego, co się wtedy stało – że była masakra Polaków, że wszystko działo się na Ukrainie w czasie II wojny światowej. Pamiętam, jak to wyglądało jeszcze kilka lat temu, kiedy Wołyń uznawany był za temat tak trudny, że to zamykało próby rozmowy. Wiele osób uważało, że nie ma sensu go w ogóle ruszać, bo to zbyt skomplikowane sprawy. „Kolonia Marusia” to nie jest moja pierwsza książka dotykająca doświadczeń wołyńskich. Pisałam o tym już w 2012 roku w debiutanckiej książce „Złudzenia, nerwice i sonaty”. Opowiedziałam w niej historię mojej rodziny, ale w formie zbeletryzowanej. Kiedy książka się ukazała, Wołyń nie wzbudzał żadnego zainteresowania. Z jednej strony ludzie coś tam wiedzieli o okrucieństwach, do których doszło, z drugiej zupełnie nie byli sobie w stanie tego wyobrazić. Film zmienił nasze podejście, bo jest nośnikiem, który pozwala oswoić nas z najtrudniejszymi doświadczeniami. Inaczej niż książki i debaty przemawia do naszej wyobraźni. Dlatego jestem Wojciechowi Smarzowskiemu za „Wołyń” wdzięczna.

To zainteresowanie ośmieliło Cię, żeby wrócić do historii rodzinnych i podzielić się doświadczeniami Twoich bliskich – tym razem już w bardziej wspomnieniowej formie?

Wiedziałam, że film powstaje, przewidywałam też, że pójdzie za tym wysyp różnego rodzaju publikacji – bardzo się tym emocjonowałam, ale nie planowałam pisać o Wołyniu. Właściwie przekonała mnie dziennikarka, Magda Rigamonti, która jeździła na Wołyń ze swoim mężem – fotografem, Maksymilianem Rigamontim. Rozmawiałyśmy o ich projekcie, opowiedziałam jej o swojej rodzinie i jej doświadczeniach. Dopiero wtedy poczułam, że może to jest jedyny moment, żebym mogła opowiedzieć swoją historię jeszcze raz i żeby tym razem spotkała się z jakimś odzewem. Poczułam, że mam szansę być wysłuchana. Mam świadomość, że tak duże zainteresowanie tym tematem za chwilę przeminie. Doszłam więc do wniosku, że albo teraz napiszę tę książkę albo nigdy.

Tym razem już bez fikcji.

Tak. Po tej pierwszej książce czułam niedosyt. Czułam, że trzeba to opowiedzieć inaczej, mocniej, bez ukrywania się za fikcją. Opowiedzenie tego w taki sposób było trudne, bo poruszam wiele bolesnych kwestii. Niektórzy mówią, że taka szczerość to odwaga, ale ja zastanawiam się czasem, czy to nie była głupota.

Dlaczego głupota?

Minęło kilka miesięcy od premiery, a mnie naszły myśli, że gra niewarta była świeczki.

Dlatego, że Twoja bardzo osobista historia została oceniona przez ludzi w różny sposób?

Być może. Po napisaniu „Kolonii Marusi” odzyskałam spokój. Ta książka pomogła mi w uporaniu się z własnymi demonami, ale kiedy poszła w świat, wywołała różne reakcje. Wiele osób odebrało ją bardzo osobiście – cały czas dostaję listy i wiadomości od czytelników. Miałam też parę telefonów od starszych pań, które miały własną historię wołyńską. Zdarzało się, że płakały, bo były głęboko poruszone. Ale pojawiły się też głosy, że ta historia jest w pewnym sensie banalna, bo wszyscy wiedzą, że na Wołyniu Ukraińcy mordowali Polaków. I to mnie strasznie zabolało, bo w tej książce opisałam to, co przeżyła moja mama, to co sama bardzo przeżyłam, na przykład śmierć mojej matki. Jej umieranie było bolesne, z czym do dziś trudno mi się pogodzić. Opisałam też straszne doświadczenia mojej matki i babci. Babcia była świadkiem potwornych scen, widziała jak umierali jej sąsiedzi i to w niej siedziało do końca życia. Podobnie jak w mojej matce, która nigdy nie uporała się z tamtymi przeżyciami. Kiedy czytam, że ich historia i moja jest trywialna, że nie piszę o niczym nowym, bo przecież już wszyscy wiedzą, co to jest Wołyń i że Ukraińcy w sposób okrutny mordowali tam Polaków, to mnie dotyka. Dlatego miałam wątpliwości, czy warto było się tak obnażyć.

A czy „Kolonia Marusia” to jest opowieść o Wołyniu? Wołyń jest ważną częścią tej historii, ale dla mnie ta książka jest raczej opowieścią o trzech pokoleniach kobiet i o tym, jak trauma wołyńska infekuje je po kolei.

To prawda, wydarzenia historyczne są tu tłem. Tak się zdarzyło, że moja babcia i mama przeżyły Wołyń. Ale ta opowieść ma wymiar bardziej uniwersalny. Każdy, kto przeżył wojnę był w jakiś sposób straumatyzowany. Różnie sobie z tym radzono. Jedni chcieli o tym rozmawiać, inni zamykali się w sobie i chcieli zapomnieć. Dla mojej mamy, która miała wtedy kilka lat te doświadczenia miały potworne konsekwencje i przez całe dalsze życie nie był sobie w stanie z tym poradzić.

A jaka jest Twoja pamięć o babci?

Ostatnio o tym myślałam. Nie mam specjalnych wspomnień związanych z babcią. Zmarła, kiedy miałam 11 lat. Mieszkałyśmy w innych miastach, babcia w Olsztynie, ja w Warszawie, więc trudno o jakieś szczególne wspomnienia.

Twoja książka pokazuje, że nasza pamięć o bliskich kształtuje się też przez historie, które nam opowiadają.

Mój osobisty kontakt z babcią był bardzo słaby – nie było między nami więzi i bliskości. Obraz babci został mi przekazany przez moją mamę. Mama wspominała, że w domu nie okazywało się ani uczuć, ani pobłażliwości. Dlatego tak bardzo chciała się stamtąd wyrwać. Babcię widzę jako kobietę chłodną, niezbyt uczuciową, skoncentrowaną na pracy fizycznej. W niej chyba znalazła jakiś rodzaj wytchnienia, który pomagał jej radzić sobie z tym bagażem doświadczeń.

Ona od początku taka była czy przeżycia wojenne ją zmieniły?

Kiedy była młodą dziewczyną, chciała się bawić i korzystać z życia. W opowieściach o niej pojawia się historia o tym, jak bardzo lubiła tańczyć, chodzić na zabawy i bardzo narzekała, że ma dużo starszego męża, któremu potańcówki nie były w głowie. Potem przyszła wojna, a w czasie wojny kobiety dojrzewają bardzo szybko, bo poza tym, że mają na głowie wiele obowiązków, dzieci, rodzinę, to muszą dbać o to, żeby po prostu przeżyć. W trakcie ucieczki do Polski babcia straciła najmłodsze dziecko. To ją zmieniło. Stała się oziębła uczuciowo, nie angażowała się już w budowanie więzi. Bała się, że straci to, co ma i że po raz kolejny tego nie wytrzyma. Uciekała więc w pracę na gospodarstwie. Mojej babci mogę tylko współczuć, że przeżyła to wszystko i starać się ją zrozumieć.

A wybory swojej mamy rozumiesz?

Moja mama miała trochę więcej empatii i starała się coś z siebie wykrzesać, ale nie zawsze jej to wychodziło, bo koszmary, z którymi musiała się całe życie borykać, stany lękowe, problemy z nadużywaniem leków, nie pozwoliły być jej tym, kim chciała być. Dziś patrzę na nią z dużą dozą współczucia. Miała nieszczęśliwe życie. Można się zastanawiać, czy mogła nim inaczej pokierować, ale nie było wokół niej nikogo, kto mógłby jej w tym pomóc. Nigdy nie wyzwoliła się z piętna Wołynia. Stany lękowe, które zaczęły ją dręczyć w dzieciństwie, trwały całe życie. Miała poczucie, że wisi nad nią jakieś fatum i klątwa. Zawsze widziała czarną stronę wszystkiego – swojego małżeństwa, dzieci, życia. Nie potrafiła się z tego wyzwolić. Czekała na coś fantastycznego, co nie przychodziło.

Co czuła młoda dziewczyna, która dorastała w cieniu takiej matki?

Nie czułam się kochana. Przede wszystkim czułam, że nie spełniam oczekiwań – ciągle słyszałam, że mam nie taką fryzurę, że się źle ubieram, że jestem gruba, że interesuję się nie tym, czym powinnam, że nie mam takich koleżanek, jakie powinnam mieć. To był szereg zarzutów, który miał mi udowodnić, że nigdy nie będę kimś wyjątkowym i ważnym. Dziś każdy psycholog powiedziałby mamie, że jeśli się serwuje dziecku taką porcję niezadowolenia, to nie ma siły, żeby wyrosło na kogoś, kto wierzy w siebie. Ale to były inne czasy, nie korzystało się z porad psychologa, nie było poradników, tekstów w gazetach. Oboje rodzice mieli nierzeczywiste wymagania wobec życia i chcieli mieć to, co nie leżało w ich zasięgu.

Co to było?

Chcieli mieć pieniądze, ładne mieszkanie, piękne dzieci, które się wspaniale uczą i są bardzo zdolne.

Wszystko to, co ludziom wtedy dawało poczucie bezpieczeństwa.

Tak. Po tym, co mama przeżyła, nie miała poczucia bezpieczeństwa. Świat był szary i nie zanosiło się, że będzie lepiej. Dla mnie dorastanie ze świadomością, że się nie spełnia oczekiwań było ogromnie trudne.

Jak sobie z tym radziłaś?

Buntowałam się. Wiedziałam, że czegokolwiek bym nie zrobiła, to i tak nie spełnię tych oczekiwań, więc starałam się być sobą i odcinałam się od rodziców. Interesowałam się sztuką, muzyką, wyglądałam jak wyglądałam i nie obchodziło mnie to.

Miałaś kogoś, kto cię w tym wspierał?

Miałam przyjaciółki, z którymi się trzymałam. Ale miałam też dość silny charakter i jakoś sobie z tym wszystkim radziłam. Kiedy byłam starsza wrzeszczałam na rodziców, kłóciłam się, walczyłam, wiecznie o coś się ścieraliśmy. Do kilku rzeczy niestety udało im się mnie przekonać. Chciałam zdawać na ASP, ale nie podeszłam nawet do egzaminów, bo tak skutecznie mi wmówili, że nie mam talentu, a poza tym malarz to nie jest poważny zawód. Dopiero jako dorosła kobieta zdobyłam się na to, żeby rzucić pracę w korporacji i zostać pisarką. Moi rodzice już nie żyją, ale myślę sobie, że nawet teraz nie byliby ze mnie dumni.

Myślisz, że gdyby ludzie więcej wtedy wiedzieli o tym, czym jest zespół stresu pourazowego i jak pomagać takim osobom, to historia Twoja i Twojej mamy potoczyłaby się inaczej?

Na pewno. Moja mama szukała pomocy, chodziła do lekarzy, ale jej problemy kwitowano jednym słowem: „nerwica”. A jak ktoś miał nerwicę, to dostawał relanium i mówiono mu, żeby wziął się w garść. Uważano, że nie ona jedna była dzieckiem w czasie wojny, więc nikt się specjalnie z nią nie patyczkował. A jestem przekonana, że gdyby nawet w podeszłym wieku potrafiła się otworzyć i porozmawiać z kimś szczerze, to by jej to pomogło. Zamiast tego spotykała się z ostracyzmem, więc uciekała w choroby.

Tak było bezpieczniej?

W tamtym czasie kogoś, kto korzysta z pomocy psychologa uważano za wariata. Kiedy zaczynało opowiadać się, że ma się stany lękowe, ludzie myśleli, że coś jest z tą osobą nie tak. Ale kiedy ktoś mówi, że ma chory żołądek i wrzody, to wszyscy rozumieją, że jest chory i dlatego leży w łóżku. Mama próbowała w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Wiem, na przykładzie swoim i swojej siostry, że praca z psychologiem bardzo pomaga i można sobie poradzić z różnymi rzeczami. Ważne jest, żeby mieć kogoś, kto nas rozumie. Mama takiej osoby wokół siebie nie miała.

Kiedy mówisz o swojej mamie i babci, ja myślę o swojej babci. Wojna bardzo ją doświadczyła. Rzadko o tym opowiada. Jako młoda dziewczyna nie rozumiałam tego dystansu. Dopiero później zrozumiałam, że nie umiała opowiedzieć o tym, co przeżyła.

To charakterystyczne dla tego pokolenia. Mamę bardzo bolało, że w latach 70. i 80. nie mówiło się nic o Wołyniu, to był temat tabu. Potem przyszedł rok 1989 i nadal Wołyń był przemilczany, choć o Katyniu mówiło się coraz więcej. Moja mama próbowała opowiadać, ale nie wiedziała właściwie jak to zrobić. Siedziałyśmy w kuchni, a ona straszne historie wołyńskie przeplatała nudnymi anegdotami rodzinnymi. Już jako dziecko tyle nasłuchałam się o okrucieństwach, o tym, jak zabijano moich krewnych, że po pewnym czasie nie robiło to na mnie już wrażenia. Mamie chodziło o to, żeby się wygadać, ale nie dostosowywała opowieści do mojego poziomu. Pod koniec życia już nie wychodziła z domu, całymi godzinami leżała w łóżku i wylewała z siebie te historie. Może gdybym była starsza, więcej wiedziała o Wołyniu, jakoś pokierowałabym tymi rozmowami. A tak byłam po prostu biernym odbiorcą.

To był jej sposób na przekazanie swoich emocji?

Myślę, że tak. „Kolonię Marusi” pisałam bazując na emocjach. Nie kładłam nacisku na warstwę stricte literacką, na język. Chciałam, żeby to było opowiedziane w prosty i emocjonalny sposób. Nie chciałam niczego fałszować. Zależało mi, żeby ta historia trafiała w emocje. Widzę, że kobiety lepiej to odczytują.

Bo jest o kobietach.

Mężczyźni chyba oczekują bardziej faktograficznego ujęcia i te emocje im przeszkadzają. Zwłaszcza tym osobom ze starszego pokolenia, które emocje traktuje trochę jak tabu i objaw słabości. Moja mama i babcia też były wychowywane w takim przekonaniu. Dlatego dusiły w sobie wszystko, nie opowiadała o uczuciach. Babcia, jeśli już opowiadała o Wołyniu, to był to żal za straconym majątkiem. Nigdy nie opowiadała, jak bardzo ją boli, że widziała zmasakrowane zwłoki znajomych, że przeżyła stratę dziecka. Opowieść o utraconym majątku była bezpieczna, ale za nią krył się żal i rozpacz.

Swoją córkę wychowujesz inaczej?

Tak, razem z mężem okazujemy dzieciom dużo czułości, rozmawiamy z nimi. Mam świadomość tego, jak byłam wychowana, że odziedziczyłam pewne lęki. Ale o naszych lękach staramy się rozmawiać, żeby móc je zrozumieć i rozbroić.

Twoja córka czytała już „Kolonię Marusi”?

Nie. Ta książka z pewnością zburzy jej obraz jej babci. Mama zmarła, kiedy moja córka miała 5 lat. Była dla niej babcią idealną. Przy niej nadrabiała to wszystko, czego nie potrafiła dać swoim córkom. Na ile potrafiła, okazywała jej uczucia. Dlatego wolałabym, żeby jeszcze chwilę poczekała z przeczytaniem „Kolonii” i zrobiła to, kiedy będzie lepiej do tego przygotowana. Ale to wkrótce już nastąpi. Trochę się boję tego momentu, kiedy córka pozna moje książki, ale mam też do niej pełne zaufanie – powie mi prawdę, jesteśmy wobec siebie bardzo szczere.

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!

NEWSLETTER

Potrzebujesz jeszcze więcej motywacji, inspiracji i wiedzy?

Bądź na bieżąco i zapisz się do naszego newslettera!





Podanie przez Ciebie powyższych danych osobowych jest dobrowolne, ale niezbędne do korzystania z Newslettera.
Zapisując się wyrażasz zgodę na przesyłanie przez nas informacji o tematyce motywacyjnej, rozwoju osobistego, nowościach w serwisie oraz informacji handlowych.
Administratorem danych osobowych jest Fundacja Sukcesu Pisanego Szminką z siedzibą w Warszawie (00-012) przy ul. Podchorążych 75/77 lok. 2.
Zapoznaj się z naszą Polityką Prywatności, z której dowiesz się, jak chronimy Twoje dane.

Na tej stronie wykorzystujemy cookies. Uzyskujemy do nich dostęp w celach analitycznych oraz w celu zapewnienia prawidłowego działania strony. Jeżeli nie wyrażasz na to zgody, możesz zmienić ustawienia w swojej przeglądarce. Zobacz więcej w Polityce Prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close