Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
O duszy na św. Ducha

O duszy na św. Ducha

ks. NIedałtowski
Ks. dr Krzysztof Niedałtowski

Inwestycja w życie wewnętrzne to dobre wskazanie dla nas wszystkich, czy jesteśmy religijni, czy nie – mówi Magdzie Małkowskiej ks. Krzysztof Niedałtowski. Nadchodzące dni sprzyjają, by o tym pomyśleć.

– Lepiej nie można – pomyślałam, notując adres mojego rozmówcy. Na wywiad z ks. Krzysztofem Niedałtowskim, rektorem Kościoła św. Jana i duszpasterzem gdańskich środowisk twórczych, umówiłam się w jego domu w centrum.
Olbrzymie okna wychodziły na św. Ducha, jedną z ładniejszych ulic Starego Miasta. – W czasie Jarmarku trochę tu za głośno – Gospodarz złapał mój wzrok – ale przez resztę dni gwar mi nie przeszkadza.

– Lepiej nie można – pomyślałam. Przestronne wnętrze przedwojennej kamienicy spowijał lekki półmrok. Trochę przez deszcz, trochę przez ciemne drzewo mebli i podłóg, głównie przez książki, ścianę książek. Sąsiednią zajmowały afrykańskie maski – przywiezione z podróży lub podarowane. Z tej fascynacji przed laty powstała praca doktorska z zakresu religioznawstwa. Herbata, woda, ciasto, usiedliśmy. Lepiej nie można, bo…

Magda Małkowska: Chciałabym porozmawiać o duszy.

Ks. Krzysztof Niedałtowski: Proszę bardzo, porozmawiajmy o duszy.

Porozmawiajmy o jej życiu doczesnym.

Zgoda.

Z punktu widzenia teologii takie rozgraniczenie jest w ogóle dopuszczalne?

Już samo operowanie pojęciami duszy i ciała jest schematyczne. To spore uproszczenie, jeszcze platoński podział, który przylgnął do naszych głów. Chyba nie umiemy inaczej. Nie mamy narzędzi, żeby o złożonej rzeczywistości człowieka opowiadać innymi słowami. Bo jest tak, jak pisał Giovanni Pico della Mirandolla, że w człowieku drzemie i bestia, stworzenie tylko organiczne, ale i anioł. W słynnej modlitwie Mirandolla pisał o Bogu, który w ręce człowieka włożył swoje dzieło. Możemy więc albo zdegradować się do roli zwierzęcia, albo urosnąć na kształt czystego ducha.

W takim razie opozycja nieśmiertelnej duszy i śmiertelnego ciała jako jej powłoki też jest myląca?

Samo określenie „powłoka” sugeruje, że jest ona tylko po to, by coś w sobie zawierać.

Opakowanie dla duszy.

Trochę nie mamy wyjścia. Język jest marnym narzędziem, by oddać złożoność tego świata, a co dopiero zaświatów. Pytamy na przykład: „Gdzie są nasi zmarli?” albo: „Kiedy będą zbawieni?”, posługując się kategoriami czasu i przestrzeni, bo nie potrafimy inaczej. Jednak w rozważaniach na tematy duchowe te kategorie są nieprzydatne. Z kolei my musimy posługiwać się jakimiś pojęciami, więc mówimy o nieśmiertelnej duszy, która w naszej ziemskiej egzystencji zamieszkuje w śmiertelnym ciele. Tak szczerze, to wolę mówić o duchowości, bo nie zakłada ona tego dualizmu, prostego podziału na duszę i ciało, który jest nie do obronienia. Pani słyszała o eksperymentach, ile waży dusza?

Słyszałam, że niedużo, ponad 20 g. Ewentualnego braku można nie zauważyć.

Właśnie. Czujemy, że idziemy w ślepy zaułek. Natomiast w człowieku na pewno jest wymiar duchowy otwarty na nieskończoność. Karol Wojtyła napisał, że człowiek jest jak niedopisany okrąg, który swoją otwartość kieruje w stronę nieskończoności.

To teraz inaczej. „Ciało mówi do duszy: Jestem tu, w tych światach,/ gdzie i ty się zbłąkałaś. Ta sama nam droga (…)/ Mówi, a dusza – nikła i płochliwa mara – słucha jego szeptów i przez łzy się stara/ Kochać te same kwiaty, rwać te same kwiaty…”. To Leśmian. Chyba ciału i duszy jednak nie po drodze.

Bardzo piękne. No i w takim języku o ciele i duszy można mówić. Alegorycznym, działającym na wyobraźnię i na emocje, a nie zamykającym w równaniach i czarno-białych wykresach. Złożoność rzeczywistości człowieka jest nie do objęcia w żadnych sztywnych ramach.

Licencja poetica, ale uchwycone w punkt. Dlaczego ich drogi się nie schodzą?

Pewno można by zacząć od koncepcji człowieka w świecie mannichejskim. To herezja, która przeniknęła również do chrześcijaństwa, znana chociażby z historii Katarów w pd. Francji, w XIII wieku. Pojmowali oni wszechświat w kategorii walki materii z czystym duchem. Bóg stworzył świat dobry, świat ducha, ale drugi bóg, demiurg, powołał do istnienia świat materialny, obciążony cielesnością, pożądaniem itp. Między tymi światami doszło do wojny, a człowiek jest rezultatem ich starcia. Świat duchowy zwyciężył, ale został obciążony cielesnością. Herezja mannichejska sprowadzała się do uwalniania od tego, co pochodzi od demiurga, łącznie z niepłodzeniem następnych pokoleń, bytów cielesno-duchowych. A przecież Bóg stwarzając świat, również człowieka, był przekonany, że stwarza tylko dobro. To z woli Boga nosimy w sobie energię miłości. Mądrość polega na tym, by właściwie odczytać proporcję i nie zmarginalizować duchowości.

Nie unikniemy podziałów. Mamy życie zewnętrzne i życie wewnętrzne.

Przy czym życie zewnętrzne jakby żyje samo. Jemy, śpimy, płacimy rachunki… Można na tym poprzestać. Nie umrzemy od tego, że zapomnimy o życiu wewnętrznym.

O życie zewnętrzne też trzeba dbać. Mogę podać parę przykrych konsekwencji zaniedbań…

To prawda. Ale istotniejsze jest dla nas pytanie, co robimy z naszą anielskością, z tym wymiarem nieskończoności, który jest w każdym.

Właśnie, co?

Thomas Merton porównał człowieka niezajmującego się swoim wnętrzem do tego, który zbudował sobie piękny dom, ale siedzi wciąż przed nim na schodach i obserwuje uliczny gwar, żyje plotką, spotkaniami, a nie zagląda w ogóle do swojego środka. Prędzej czy później pojawi się pytanie o sens. Po co to wszystko, jeśli ma się skończyć wraz ze śmiercią organizmu? U niektórych dopiero skrajnie egzystencjalne pytania wywołują ten rodzaj refleksji. Lepiej jest więc swoją duchowość pielęgnować świadomie i zawczasu, by do takich kryzysów nie dopuścić.

Ciało o swoje się upomina, a duchowość?

A duchowość można prawie zagłuszyć. Prawie, bo do końca się nie da. Paradoksalnie ludzie niewierzący też mogą mieć duchowość. Mają do tego prawo.

Dlaczego paradoksalnie?

To tak by zadośćuczynić popularnemu poglądowi. Czytałem niedawno książkę francuskiego profesora André Comte Sponville „Duchowość ateistyczna”. Autor wyszedł z chrześcijańskiego domu, ale w drodze bardzo uczciwej wewnętrznej dedukcji, w dialogu ze sobą i ze światem doszedł do wyznania, uwaga: „Wierzę, że Boga nie ma”. To uczciwe stanowisko ateisty. O agnostykach i ich zawieszeniu nie wypowiadał się najlepiej. Duchowość jest czymś, co jest w naturze ludzkiej zakorzenione. Pytanie tylko, do czego jest odnoszone. Tak czy owak, inwestycja we własne życie wewnętrzne to dobre wskazanie dla nas wszystkich, bez względu na to, czy jesteśmy religijni, czy nie.

Skomplikujmy. Mówimy „dusza człowiek” albo „człowiek bezduszny”. Mamy duszę, czyli wrażliwość, empatię, przy czym słowo „dusza” zamiennie określa też naszą osobowość, więc i wiedzę. Co się dzieje, jeżeli nie pielęgnujemy naszego ducha?

Często nieźle żyjemy, a nawet robimy karierę. Duchowość nie jest niezbędna do podtrzymania funkcji życiowych. Natomiast całkowicie zaniedbana wróci do nas czkawką. Każdego dopadnie jakaś sytuacja graniczna, np. śmierć kogoś bliskiego. Wówczas rozsądne pytanie o własną skończoność może nas w stronę własnej duchowości przywieść. Proszę zauważyć, że śmierć w mediach podawana jest zazwyczaj jako tragiczne wydarzenie, na skutek zamachów czy klęsk żywiołowych. A naturalna, jednak najpowszechniejsza, prawie jest nieobecna. Medialna była tylko śmierć Jana Pawła II. Stała się niezwykłym przekazem, że śmierć należy do naszego życia biologicznego, tak samo jak narodziny. Dobre umieranie może być pięknym pożegnaniem.

Akceptowanym przez umierającego i przez jego bliskich.

Jest taki niesamowicie mocny film Szumowskiej „33 sceny z życia”, prawie reportaż z dzisiejszej bezradności człowieka wobec śmierci. To jest bardzo odważna i prawdziwa opowieść o chorobie, a potem śmierci jej rodziców, kiedy bliscy zupełnie nie wiedzą co robić.

I robią balangę.

To jest obraz naszej kompletnie zagubionej cywilizacji. Wracam czasami do dawnych podręczników „Ars moriendi” albo wyłapuję ten motyw na obrazach. Dawniej rytuał dobrej śmierci kojarzył się nieodłącznie z własnym domem, umieraniem w otoczeniu rodziny, z różańcem w dłoni. Umierający sam niejako temu rytuałowi przewodniczył.

To by się zgadzało z ideami hospicyjnymi, zgodnie z którymi na czele zespołu opiekującego się chorym stoi on sam, jedyny wiedzący, co to jest umieranie.

Śmierć musi w życiu człowieka wrócić na należne sobie miejsce, bo inaczej tworzymy jego zafałszowany obraz. Na razie została usunięta z domu i powierzona obcym ludziom. Zabrania się na nią patrzyć dzieciom.

Są jaskółki. Powołane zostało Towarzystwo Opieki Duchowej w Medycynie, którego sama nazwa budzi nadzieję, że duchowość wejdzie na wyższe uczelnie lekarskie.

Brzmi optymistycznie. Zwłaszcza że były i są inicjatywy oddolne, jak chociażby pucki Aeropag Etyczny, powstały między innymi z inicjatywy ks. Jana Kaczkowskiego. W środku lata wspaniałe warsztaty dla studentów medycyny z umiejętności dobrej rozmowy z chorymi, również o sprawach bardzo trudnych. Do pomocy w odgrywaniu ról poproszono aktorów, dla których wcielenie się w rolę umierającego człowieka też było wyzwaniem. Przede wszystkim jednak dawali oni młodym ludziom szansę próby zaistnienia w relacji z pacjentem nie tylko jako lekarz, ale i jako człowiek.

W dzisiejszych realiach coraz bardziej zadministrowanej medycyny jest to coraz trudniejsze.

Prof. Szczeklik wielokrotnie podkreślał, i w swoich książkach i osobiście, uczestnicząc w naszym Gdańskim Aeropagu, że dla lekarza najważniejszym momentem jest ten, kiedy siada przy łóżku chorego, bierze go za rękę i ma na to zarazem i czas, i wewnętrzną gotowość. Bardzo się cieszę, że do tego zaczynamy wracać, tworząc nawet pewne organizacyjne struktury.

W hospicjum już się to robi. Nieważne, czy wierzymy w życie wieczne, czy nie wierzymy, umieranie boli ciało i duszę. Jak pomóc wtedy tej drugiej?

Na pewno nie ma złotej recepty. To są sytuacje wymagające największej wrażliwości. Pierwszym warunkiem do wypełnienia jest gotowość. Nie można przed czyjąś śmiercią uciekać. Pamiętam rozmowę z umierającą aktorką, która widząc krople na szybie szpitalnego okna i przezierającą przez nie zieleń wiosny, mówiła o poczuciu ogarniającego ją szczęścia, związanego z bliskością Boga. I o tym, jak ważne dla niej jest to wspólne patrzenie na krople. To było niezwykłe pożegnanie, na pewno więcej dostałem, niż dałem. I wciąż nie mogę zapomnieć swojej bezradności, kiedy w 1987 roku biskup Gocłowski poprosił mnie o przygotowanie nabożeństwa oczekiwania chorych na papieża Jana Pawła II w Bazylice Mariackiej. To zadanie trochę mnie, wówczas młodego człowieka, przerosło. Poprosiłem o wsparcie starszych aktorów, wybraliśmy teksty z Księgi Hioba, wiersze Kamieńskiej i powstał rodzaj spektaklu – poetyckiej refleksji, niepouczającej i nieinstruującej. A potem widziałem papieża ocierającego łzy, kiedy dostał białą księgę intencji ludzi, którzy ofiarowali Mu swoje cierpienia, jako kapitał do zagospodarowania. Energia każdego ludzkiego życia, zwłaszcza naznaczonego cierpieniem, nie jest na darmo. To jest środek nabywczy, za to można coś kupić, oczywiście w cudzysłowie.

Co konkretnie?

To już papież miał zdecydować. W chrześcijaństwie cierpienie, w przeciwieństwie do buddyzmu, nigdy nie jest straconą energią. Jezus wybrał je jako kaucję za nasze odkupienie i życie wieczne.

Czy jako kapłan został ksiądz poproszony do umierającego, który wciąż wierzył, że Boga nie ma.

Przyznam, że nie. Nawet jeżeli po drodze byli agnostykami lub zawieszali swoje sądy na ten temat. Jak jeden ze znajomych poetów, zafascynowany za życia kultem solarnym, który przed śmiercią rozmawiał ze mną już o Bogu osobowym, znanym z Biblii, a w jego wzroku widziałem zapatrzenie się za horyzont. Widział już dużo więcej niż my i był spokojny.

Często towarzyszył Ksiądz umierającym?

Pod koniec lat osiemdziesiątych przez piętnaście miesięcy byłem kapelanem w domu spokojnej starości pod Monachium, założonym przez emerytowane gospodynie parafialne. W ten sposób zarabiałem na swoje stypendium naukowe. Przeżyłem wówczas najbardziej niesamowite Boże Narodzenie, pierwsze i jak na razie ostatnie z dala od swoich bliskich. To był biedny dom, na obrzeżach bardzo bogatego miasta, i Betlejem stanęło przede mną jako wyraźny znak solidarności Boga z najbardziej potrzebującymi. Takich doświadczeń nie da się wystudiować, nawet przekazać w prostej relacji, je trzeba przeżyć. Towarzyszyłem wówczas umieraniu kilkudziesięciu kobietom. Ich pobożność była prosta, bez wątpliwości „gdzie wędruje dusza”, ale musiałem do nich trafić, co nie było łatwe, bo mówiły bawarskim dialektem. Rozmowa o rzeczach ostatecznych i po polsku jest trudna.

Znowu wracamy do języka.

Czasami jest tak wypoliturowany, że pewnych słów nie słyszymy. Pracuję nad książką o eschatologii w sztuce i szukam u artystów, w tym literatów, prób ujęcia tamtej rzeczywistości. Wniosek jest dramatyczny, bo stwierdzam, że więcej nam napsuli, niż wnieśli. Wyobrażenia czyśćca, piekieł czy nieba są niezwykle zakorzenione w zmysłowości i przez to szalenie naiwne. Tak naiwne, że wszystko się dzisiaj wyrzuca do kosza, razem z całą rzeczywistością rzeczy ostatecznych. Bo skoro tak się o tym opowiada, to lepiej się w ogóle tym nie zajmować. A to nieprawda, warto się tym zajmować, tylko trzeba sobie uświadomić, że nasza wyobraźnia jest w tym względzie bardzo ograniczona.
Ale są perły, weźmy sformułowanie: „wieczny odpoczynek”. Jeśli oczyścić je z rytualnych naleciałości, to przecież jest genialne! Czeka nas nieprzerwany urlop. Mówimy też o „Domu Ojca”, to bardzo wyświechtany zwrot. Jeśli jednak przyjrzymy mu się i postawimy obok inny, bliskoznaczny: „dom rodzinny”, a potem przypomnimy poczucie bezpieczeństwa w pokoiku, który był częścią mieszkania mamy i taty, to co może być piękniejszego? Czyż za tym nie tęsknimy?

Na Hospicjum Dutkiewicza mówimy zamiennie Dom Hospicyjny.

Poczułem ten „Dom”, kiedy byłem w nim na rekolekcjach, te domowe relacje. Pod koniec rekolekcji zdałem sobie sprawę, że moje baterie są na wyczerpaniu, ale zupełnie na koniec poczułem, że dostałem znacznie więcej, niż włożyłem. Moja energia wróciła do mnie ze zdwojoną siłą, zwłaszcza podczas rozmów z wolontariuszami.

Dotknęło księdza doświadczenie bardzo u nas powszechne.

Gdzieś tam w teorii o tym wiedziałem, a teraz to przeżyłem. Wielkie wrażenie zrobiły też na mnie historie resocjalizacji więźniów, którzy w hospicjum odnajdują swoje człowieczeństwo.

Kilka dni temu jeden z nich odzyskał wolność i wyznał mi, że przez hospicjum nie miał wyjścia, musiał zostać dobrym.

To jest właśnie to słowo: Dom.

***

Rozmawiała Magda Małkowska

Tekst ukazał się w kwartalniku „Hospicjum to też Życie”, 2017/1

Więcej na www.fundacjahospicyjna.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!