Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Randka z piekła rodem

Randka z piekła rodem

randki Walentynki

Czy spisałaś już listę 10 rzeczy, których nie należy robić, żeby randka się udała? Teraz ją spal i zapomnij, że istniała. A potem idź na randkę i bądź sobą.

Pamiętacie swoją najgorszą randkę w życiu? Ja zaliczyłam takich kilka. A przynajmniej tak mi się wydawało. Wszystko zapowiadało się świetnie – miała być kawa, romantyczny spacer, może jakieś kino i nagle czar pryskał, a ty głęboko żałowałaś, że zamiast espresso zamówiłaś duże latte. Zaczynało się podobnie – wymiana maili, czasem telefon, rozmowa się kleiła, mieliśmy wspólne zainteresowania, umawialiśmy się na kawę. I wtedy okazywało się, że dobre wrażenie łatwiej jest jednak podtrzymywać wirtualnie.

Pewien miłośnik jazzu i znawca kawy najpierw wyznał, że kawę pija tylko z automatu na stacji benzynowej, jazzu właściwie nie słucha, a potem oznajmił, że przypominam mu jego siostrę, której za bardzo nie lubi. Inny, gdy usłyszał, że mam psa i kota, stwierdził, żebym się nie martwiła – na pewno znajdziemy im jakiś dobry dom. Widząc moje zaskoczenie, powiedział tylko: Nie będziemy trzymać zwierząt w mieszkaniu – zwierzęta strasznie śmierdzą. Był jeszcze adorator, który oznajmił mi, że będę mogła zostać jego dziewczyną, jeśli zdam test. Zadanie miało polegać na tym, że będę musiała zrobić rosół – jeśli będzie taki, jak jego mamy, przejdę do ścisłego finału. Spotkałam też mężczyznę, który okazał się być myśliwym. Powiedziałam mu, że nie mogę spotykać się z kimś, kto zabija zwierzęta dla przyjemności. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i rzekł – Ależ nic się nie martw, ja ci z tych zwierząt będę robił kiełbasy!

Oto moje randki z piekła rodem. Czułam się po nich nietęgo. Moje ego dostało po łapach, a i ja byłam rozczarowana, że to, co tak ładnie wyglądało w mailach i na zdjęciach (ach ta iluzja portali randkowych), rozczarowywało. Czy aby na pewno? Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że te nieudane randki były genialne. Nauczyły mnie bowiem, żeby w poszukiwaniu miłości i udanego związku nigdy nie udawać, kogoś, kim się nie jest.

Mogłoby się wydawać, że udawanie to naturalny element tańca godowego. Obie strony stroszą piórka i próbują pokazać się z jak najlepszej strony – podkreślając swoje zalety i maskując na potęgę swoje wady, wychodząc z założenia, że im później oblubienica się o nich dowie, tym mniej skłonna będzie do odrzucenia zalotnika. Jest też cicha nadzieja, że może wady nie okażą się wcale tak straszne dla przyszłego partnera i zamroczony miłością uzna nasze chrapanie, opowiadania sucharów i skłonność do chodzenia po domu w dresie za urocze. Dlatego w pierwszej fazie skupiamy się raczej na tym, żeby wypaść jak najlepiej – nie marudzimy, nie pokazujemy się bez makijażu, zawsze mamy ogolone nogi. Na ponurą rzeczywistość jeszcze przyjdzie czas. Po ślubie.

W związku z tym, że chcemy wypaść dobrze, musimy ograniczyć ryzyko wpadki i zdemaskowania. Przed pierwszą randką pracowicie przeczesujemy więc sieć w poszukiwaniu pomocy i po zapoznaniu się z dwiema setkami artykułów wypisujemy, czego nie powinniśmy robić, ani mówić, żeby nie odstraszyć tego, z kim na randkę idziemy. A zatem z pewnością nie należy: spóźnić się, przeklinać, spić do nieprzytomności, narzekać (chyba, że na polityków, ZUS lub pogodę), krytykować, wrzeszczeć na kelnera, robić histerii z powodu ułamanego paznokcia, serwować żarcików w stylu Karola Strasburgera, mówić, że lubi się kiełbasę z chrzanem, że już się wymyśliło imiona dla trójki naszych dzieci oraz informować, że po ślubie zamieszkamy u moich rodziców. Ufff, to lista podstawowa. Już od samego zapamiętywania, na co uważać i na jakie miny nie wchodzić, zaczynają drżeć kolana, pocić się ręce, a w żołądku śniadanie zaczyna tańczyć polkę. Uwaga dla mniej doświadczonych: to tylko nerwy, a nie słynne motyle. Czasem zbyt łatwo pomylić stres z miłością.

Ale nie martw się, potem będzie już tylko lepiej. Spanikowana tym, czego nie możesz powiedzieć i zrobić, bo jeszcze go przestraszysz albo wyjdziesz na idiotkę, skupiasz się na mieszaniu łyżeczką kawy. Pomaga opanować drżenie rąk i kompulsywną potrzebę, żeby natychmiast wykrzyknąć: Jestem feministką, a nasz najstarszy syn będzie miał na imię Jan Maria! Z randki nie pamiętasz nic, co pomaga ci tylko uznać, że to ten jedyny i właściwy – król, książę, rycerz z bajki. Następne pół roku czekasz na telefon od niego, a kiedy nie dzwoni, opowiadasz swoim przyjaciółkom o najgorszej randce w swoim życiu. Część wydarzeń zmyślasz, bo wciąż najlepiej pamiętasz łyżeczkę w filiżance. Niecierpliwie czekasz na kolejną okazję do randkowania, przysięgając sobie, że tym razem nie dasz się wystawić do wiatru.

Inna wersja tej historii? Listę wpisujesz w telefon, więc na randce możesz się trochę bardziej wyluzować. W kryzysowym momencie rzucisz niedbale – „Sorry, kochany, muszę zerknąć, co na Fejsie” i sprawdzasz, czy działasz zgodnie ze złotymi radami z Internetu. Dzięki temu możesz choć trochę skupić się na tym, co mówi twój randkowy partner. Szybko okazuje się, że jednak mieszanie łyżeczką kawy jest ciekawsze. Bo i co ten facet gada? Że jakiś teatr lubi, a przecież ty nie cierpisz. Że był w Egipcie na wakacjach, a wiadomo, że teraz się jeździ do Francji. Albo, że to myśliwy jakiś, a ty przecież gardzisz polowaniem. Mieszasz więc w tej kawie jak jakaś wariatka i oczywiście masz focha na cały świat, że znowu taka kijowa randka się trafiła. A przecież on tylko chciał ci się pokazać z jak najlepszej strony. Ty też, więc zamiast jeansów założyłaś tę sukienkę w kwiatki i teraz żałujesz, że tyle wysiłku poszło na marne. Miał być książę, a trafił się gajowy. On pewnie też wolałby księżniczkę od zołzy. Na Wasze szczęście nic z tego nie wyszło, bo kolejnych 30 lat spędzilibyście w nieszczęśliwym i pełnym wzajemnych pretensji związku.

Miłosne podchody do pewnego stopnia potrzebują gry, flirtu i stroszenia piórek. Kiedy jednak zaczynamy udawać kogoś, kim nie jesteśmy idziemy prosto w sidła, które same na siebie zastawiamy. Bo nie dość, że ciągła gra wykańcza, wypala i frustruje, to w końcu musi pojawić się pytanie – czy on kocha mnie, czy tę kobietę, którą przed nim gram?

Kiedyś, pewna doświadczona kobieta powiedziała mi, że na pierwsze randki zawsze chodzi ubrana w zwykłą sukienkę, prawie bez makijażu, bo tak ubiera się na co dzień. Pokazywała się w najprawdziwszej wersji siebie i szukała takiego mężczyzny, który to doceni. Nie chciało jej się już grać seksbomby, która budzi się w nienagannym makijażu, a po bułki biega w czerwonych szpilkach, bo prędzej czy później wychodziło na jaw, że kiedy się budzi, ma worki pod oczami, a do sklepu chodzi w dresie i crocsach. Po latach nieudanych randek lepiej rozumiała, dlaczego jej nie wychodziło z mężczyznami – przecież tworzyła iluzję zupełnie innej kobiety. Kiedy przestała to robić, otworzyły się przed nią zupełnie nowe możliwości na stworzenie udanego związku.

Ze strachu, że ktoś nas nie zaakceptuje, nie zechce, odrzuci nie mówimy na randkach tego, co myślimy, kryjemy się z tym, w co wierzymy i co dla nas ważne. Nagle niezależne i samodzielne kobiety, zmieniają się w łanie, które sznurują usta, żeby przypadkiem nie padło z nich to straszne słowo na „F”, bo wiadomo, że mężczyźni nie lubią feministek. Kobiety marzące o założeniu rodziny, dzieciach i domowym cieple nie zdradzają się ze swoimi potrzebami, bo a nuż on ciągle nie jest gotowy, żeby się zaangażować. Kluczymy, łagodzimy, kamuflujemy się, licząc, że on zechce mnie taką, jaką… no właśnie – jaką? Bo przecież nie taką, jaką jesteśmy naprawdę.

Mężczyźni z moich randek z piekła rodem dali mi wtedy z siebie to, co mieli. Jestem im wdzięczna, bo przede wszystkim byli ze mną szczerzy. Żaden nie udawał kogoś innego, choć w fazie przedrandkowej pozwolili sobie na swoje małe kłamstewka. Ja też byłam sobą. Nie udawałam, że kręcą mnie polowania, nie próbowałam być inna niż siostra, za którą mój absztyfikant nie przepadał, nie przytaknęłam ochoczo na wieść, że mam oddać swoje zwierzęta. Zamienić psa na faceta, który nie cierpi zwierząt? Nigdy w życiu.

To naprawdę były wspaniałe i niezapomniane randki. Dalszego ciągu nie było. Nie żałuję i oni chyba też nie. Po prostu do siebie nie pasowaliśmy. Uczciwość, choć brutalna, pozwoliła nam zaoszczędzić wiele czasu, bólu i frustracji. Rozeszliśmy się w pokoju – każde w kierunku własnego szczęścia.

Jeśli więc wybierasz się na randkę i zdążyłaś już sporządzić swoją listę 10 albo 20 rzeczy, których nie powinnaś robić, żeby randka się udała, zrób coś dla mnie – spal ją jak najszybciej, zapomnij o niej, idź na randkę, bądź sobą i baw się świetnie. Mów, co myślisz, flirtuj jak potrafisz, opowiadaj suchary, wychwalaj pod niebiosa tofu i jazdę na rowerze, albo wakacje all inclusive w Tunezji. Albo będzie między Wami chemia, albo zostaną po Was anegdoty.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!