Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Stereotypy aż po grób

Stereotypy aż po grób

dr Ewa Jarczewska-Gerc
dr Ewa Jarczewska-Gerc

Jak stereotypy na temat kobiet i mężczyzn, seksu, miłości i małżeństwa utrudniają nam życie? Przeczytaj wywiad z dr Ewą Jarczewską-Gerc, psycholożką z Uniwersytetu SWPS.

– Kobiety rodzą dzieci, mężczyźni zwykle są silniejsi fizycznie – na poziomie biologicznym te różnice są niezaprzeczalne. Ale już dziś powinniśmy wiedzieć, że w rozwijaniu potencjału nie liczy się wyłącznie budowa ciała, tylko człowiek jako całość. A pod względem intelektu już takich różnic między płciami nie ma. Na tym polu kobiety i mężczyźni są sobie równi. Czas przestać myśleć, że skoro mężczyzna jest większy i fizycznie silniejszy, to z tego powodu powinien sprawować więcej funkcji. Zmierzamy przecież do rozwoju społeczeństwa i jak najlepszego wykorzystania potencjału wszystkich. Równi fizycznie nigdy nie będziemy, ale powinniśmy robić wszystko, żeby być równymi wobec możliwości, dostępu do edukacji, prawa i tego jak jesteśmy traktowani – mówi dr Ewą Jarczewską-Gerc, psycholożką Uniwersytetu SWPS.

Jak działają stereotypy, dlaczego trzymają się mocno i jak wpływa na niego, jak wychowujemy swoich synów i córki opowiedziała Dagny Kurdwanowskiej.

Zbliża się 8 marca i Dzień Kobiet. W tym roku kobiety nie będą czekać na goździki, ale wyjdą w wielu miastach, by protestować. Coraz więcej z nas ma świadomość, że nie może już dłużej biernie przyglądać się temu, co dzieje się dookoła. Wiele kobiet jednak się waha, w głowach mamy wciąż mnóstwo stereotypów, że pewnych rzeczy nie wypada robić, że kobieta powinno jednak stać w cieniu i się nie wychylać. Jak to z tymi stereotypami dziś jest – trzymają się mocno, czy powoli się kruszą?

Wiele się zmienia, ale zwróćmy uwagę na to, że dopiero od niedawna walczy się o zrównanie praw kobiet i mężczyzn. W zeszłym roku minęło raptem 100 lat odkąd pierwszy kraj wprowadził prawa wyborcze dla kobiet – była to Finlandia. Stereotypy były, są i będą, ponieważ jest to pewien schemat myślowy, z którego korzystamy, żeby trochę odciążyć nas system poznawczy. Ułatwia nam orientację w skomplikowanej rzeczywistości. Jest zatem także pewnym uproszczeniem. Czasem tkwi w nim ziarno prawdy, ale częściej występuje w nim tzw. samospełniająca się przepowiednia. Załóżmy, że mamy jakieś przekonanie.

Na przykład, że kobiety powinny stać w cieniu.

Na przykład. Takie przekonanie przekładamy potem na nasze działania, a to wpływa na rzeczywistość, którą potem kształtujemy. W ten sposób udowadniamy sobie, że ten stereotyp, w który wierzymy jest prawdziwy. Rzeczywistość w sensie obiektywnym nie do końca istnieje. Z psychologicznego punktu widzenia dostrzegamy to, co chcemy zobaczyć. Nawet tak prosty proces jak postrzeganie, który wydaje się być odwzorowaniem tego, co widzimy, nie jest w gruncie rzeczy procesem recepcji. Jest procesem konstruowania. W zależności więc od naszych intencji, jawnych lub ukrytych, zobaczymy to, co chcemy zobaczyć albo coś, czego się boimy.

Z jednej strony stereotyp ma nam pomagać, z drugiej nas ogranicza. Kiedy zatem przekonania i stereotypy mogą się zmieniać – kiedy zmieniają się okoliczności i rzeczywistość wokół nas?

Dokładnie tak. Weźmy stereotyp matki-Polki, czyli kobiety rodzinnej. Mówi on, że kobieta ma być opiekunką domowego ogniska, ma troszczyć się o atmosferę rodzinną, a czasem sprowadza się wprost do stwierdzenia, że kobieta nadaje się tylko do garów i rodzenia dzieci. Poniekąd jest w tym stereotypie trochę prawdy. Przecież wyłącznie kobieta może urodzić dziecko. Mężczyzna, jakby się nie starał, nie da rady. Dlatego na nas spoczywała zawsze pełna odpowiedzialność za to, żeby dziecko wykarmić oraz się nim zaopiekować. W tym sensie ten stereotyp jest prawdziwy. Ale nie żyjemy już w czasach kamienia łupanego. Jest wiek XXI i wiele się jednak po drodze zmieniło. Oprócz tego, że rodzimy dzieci, jesteśmy też świetnie wykształcone, sprawujemy różne ważne funkcje w życiu publicznym, społecznym, zawodowym. Ten stereotyp nie przystaje już do rzeczywistości. A z drugiej strony wciąż chcemy go powielać.

Dlaczego?

Dlatego, że to jest łatwiejsze i wygodniejsze dla mężczyzn.

W jakim sensie?

W takim, że chociażby w życiu zawodowym mogą zepchnąć dzięki niemu kobietę na margines i budować na tym swoją karierę. Stereotyp matki jest więc czymś, co wyrosło na prawdziwych przesłankach, bo biologii nie da się oszukać, ale jednocześnie pozwoliło na to, żebyśmy przez setki lat były sprowadzane tylko do roli matki, żony i piastunki domowego ogniska. I choć w historii znamy wyjątkowe przykłady kobiet, które wychodziły poza tę rolę, na przykład Joanna d’Arc czy Maria Skłodowska-Curie, to jednak było ich niewiele. Dlatego ten stereotyp jest dla bardzo niesprawiedliwy i krzywdzący.

Takich stereotypów, które nie przystają do rzeczywistości jest więcej. Jakiś czas temu pisałam książkę o romansach w europejskiej literaturze pięknej. Kobieca narracja pojawia się dopiero w XIX wieku i to w ujęciu romantycznym – Jane Austen, Emily Bronte. W tych opowieściach kobieta szuka miłości i spełnienia w małżeństwie. Jeśli szuka miłości pozamałżeńskiej mamy wiele książek, na czele z „Panią Bovary”, w których zmienia się w kobietę upadłą i wyklętą, a za słabość i namiętność spotyka ją kara.

Ten stereotyp do dziś funkcjonuje. Kobieta zdradzająca męża wciąż bywa wyklinana. Nie zmieniło się również to, że mężczyzna nadal ma przyzwolenie na zdradę, na to, żeby mieć kochankę i przeżywać romanse, a kobieta nie. Choć wiemy, że rzeczywistość bywa pod tym względem zróżnicowana. Zdradzają i mężczyźni, i kobiety. Nasze postrzeganie tego, co robią jest jednak odmienne. Mężczyzna, który zdradzi żonę, bywa oceniany negatywnie przez niektórych, a przez wielu jest podziwiany jako maczo, atrakcyjny facet i Don Juan. Kobieta z kolei, która tak samo jak mężczyzna ma prawo do szczęścia i spełnienia seksualnego jest postrzegana jako nielojalna, zakłamana i określana bywa różnymi niewybrednymi epitetami. Chciałabym, żebyśmy wreszcie zdjęli te kobiety ze stosu, na którym chcemy je społecznie spalić.

W tej inkwizycji przeciwko kobietom ważną rolę gra nie tylko mit Matki-Piastunki, ale także mit o romantycznej miłości, dla której warto poświęcić życie.

Tak, ten mit o pięknej, romantycznej miłości do grobowej deski, który bardzo rzadko jest prawdziwy, wyrządził nam wiele szkody. Dziś żyjemy dłużej i możemy być z kimś przez 40 – 60 lat, a to naprawdę szmat czasu. Z psychologicznego punktu widzenia to prawie niemożliwe, żeby przez ten czas nie zmienić się na tyle, żeby nam się drogi nie rozeszły. Poza tym człowiek potrzebuje doznań, potrzebuje miłości. Fantastycznie, jeśli po kilkunastu latach nadal jest zakochany w swoim współmałżonku, ale zdarza się, że zakochuje się w kimś innym. Pokutuje jednak przekonanie, że miłość i wierność musi być aż po grób. Kiedy więc kobieta zdradza albo co gorsza decyduje się, żeby odejść od męża i dzieci, zaczyna się piekło.

W końcu kobieta to strażniczka rodziny, która przed ołtarzem przysięgała wierność.

Przyrzekanie komuś, że się go nie opuści aż do śmierci, kiedy ma się 25 – 30 lat jest dość naiwne, a nawet ryzykowne. Ale można to wiedzieć dopiero z perspektywy doświadczeń. Kobiety, które decydują się odejść to był dla nas zawsze trudny temat. Dla wielu wyobrażenie, że kobieta porzuca swoje dzieci, zostawia je i podąża za mężczyzną, spełnieniem i miłością jest nie do pomyślenia. Jakiś czas temu udzielałam wywiadu na ten temat i starałam się pokazać, że zamiast oceniać je moralnie, można spróbować zrozumieć postępowanie tych kobiet. Mówiąc o takich kobietach starałam się pokazać, że za ich decyzją zawsze kryje się jakiś dramat. Wiele z nich tak bardzo boi się oceny innych, że nie jest w stanie zawalczyć o swoje dzieci. Myślą – „Zdradziłam swoją rodzinę, jestem złą matką, złą kobietą, nie mam prawa do moich dzieci”. Wolą uciec daleko i nie doświadczać napiętnowania, bycia nazywaną „szmatą”, która porzuca rodzinę. W komentarzach pod wywiadem wylała się na mnie fala krytyki.

Bo śmiała Pani wziąć w obronę kobiety upadłe?

Zareagowano na to z awersją i agresją, ponieważ same boimy się często, że mogłybyśmy zdradzić, że to mogłaby być nasza historia. Wkłada nam się do głowy, że moralność polega na byciu z
jednym człowiekiem przez całe życie. A to jest mało realne. Niektórym się to udaje i są pary, które są ze sobą 40 – 50 lat, ale warto się zastanowić, czy każdorazowo to jest ich sukces czy może jednak porażka.

Chyba sukces, skoro dwie osoby są w stanie tak długo być ze sobą.

Sukcesem byłoby nie to, że wytrzymali ze sobą tak długo, ale że jest to związek oparty na miłości, wzajemnym wsparciu i szacunku. Jest wiele par, które są ze sobą z przyzwyczajenia, uzależnienia ekonomicznego, ale w kółko się ze sobą kłócą i walczą. Czy taki związek jest sukcesem?

Jeśli dla tych ludzi wartością jest trwałość rodziny, to raczej tak. Wartości wpływają na to jak postrzegamy różne stereotypy?

Boje się świata wartości, bo często są to “tak zwane” wartości. Wszyscy ci, którzy przejawiają dyskryminację, nienawiść lub agresje wobec jakiejkolwiek grupy czy mniejszości, powołują się właśnie na wartości. Oni nie mówią: nienawidzimy ich, bo się ich boimy czy po prostu, bo jesteśmy idiotami. Mówią nienawidzimy ich, bo ich istnienie czy zachowanie jest sprzeczne z naszymi wartościami. A one są jedyne słuszne. To właśnie wartości uzasadniały wyprawy krzyżowe, założenie Ku Klux Klanu czy bardziej współcześnie nazizm i komunizm. To dziś uzasadniają ksenofobię, mizoginizm czy homofobię. Dlatego unikam powoływania się na wartości, a jedynymi wartościami, które wyznaję są życie ludzkie i szacunek do drugiego człowieka.
Wracając jednak to trwałości rodziny jako wartości. Związek między deklarowanym wyznawaniem wartości, a stosowaniem ich w praktyce jest bardzo niski. Z różnych raportów wynika, że dla Polaków najważniejsza jest rodzina, wierność, oddanie. Z drugiej strony statystyki pokazują jak wysoki jest u nas odsetek rozwodów. To, co deklarujemy, a to jak postępujemy to dwie różne sprawy. Czy mąż, który kocha inną kobietą, zostaje ze swoją żoną, bo jest lojalny, ale każdego dnia robi jej awantury, frustruje się, jest dla niej niemiły, wbija jej emocjonalne szpile – czy to jest dobry mąż? Przecież z nią zostaje, nie rozbija rodziny, ale jednocześnie jej nienawidzi i cały czas jej to okazuje. Czy to jest lojalność i dobry związek?

Lojalność może tak, ale raczej nie sposób na szczęście i spełnienie.

Przecież ślubował jej nie tylko to, że z nią zostanie aż po grób, ale także miłość i wierność.
W relacjach jestem zwolenniczką pewnej dozy wolności – im więcej dajemy jej sobie w miłości, w rodzinie, w przyjaźni, tym bardziej lojalni okazują się ludzie wobec nas. To jest paradoks, bo nam się wydaje często, że coś będzie bardziej trwałe i udane, jeśli przykręcimy śrubę, będziemy kogoś kontrolować. A działa to odwrotnie – nasze szczęście i satysfakcja nie są zależne od nakazów lub zakazów. Kiedy mamy wolny wybór i pewną dojrzałość emocjonalną, to podejmiemy decyzje nie dlatego, że ktoś nam coś nakazał albo narzucił pewne wartości, ale dlatego, że coś jest dla nas dobre lub dlatego, że dobrze się z tym czujemy. Zmierzam do tego, że świat potrzebuje wartości, ale tych które przede wszystkim budują szacunek do życia ludzkiego i są łatwo przekładalne na zachowania. Znaczenie ma to, jak na co dzień postępujemy.

Jednym z uproszczeń, które wciąż funkcjonuje jest przekonanie, że w ogóle istnieje ktoś taki jak stereotypowa Polka.

No właśnie. Świetnie pokazały to Dominika Maison i Katarzyna Pawlikowska w swojej książce „Polki”. Z ich badań wynika, że jest wiele typów Polek i wiele ról, które pełnimy. Bardzo bronimy się przed tym, żeby to dostrzec, co widać w sposobie, w jaki wychowujemy chłopców i dziewczynki – tak jakby nic się nie zmieniło. Przez to zamiast walczyć ze stereotypami, jeszcze je wzmacniamy. W wychowaniu chłopców wciąż nacisk kładzie się na doskonalenie umiejętności, rozwój talentów i zainteresowań. Wychowując dziewczynki kładziemy im do głowy, że mają się dobrze uczyć, nie pyskować, ładnie i schludnie wyglądać, być skromne i miłe. Mówiłam już o tym, co nasz różni fizycznie. Kobiety rodzą dzieci, mężczyźni zwykle są silniejsi fizycznie – na poziomie biologicznym te różnice są niezaprzeczalne. Ale już dziś powinniśmy wiedzieć, że w rozwijaniu potencjału nie liczy się wyłącznie budowa ciała, tylko człowiek jako całość. A pod względem intelektu już takich różnic między płciami nie ma. Na tym polu kobiety i mężczyźni są sobie równi. Czas przestać myśleć, że skoro mężczyzna jest większy i fizycznie silniejszy, to z tego powodu powinien sprawować więcej funkcji. Zmierzamy przecież do rozwoju społeczeństwa i jak najlepszego wykorzystania potencjału wszystkich. Równi fizycznie nigdy nie będziemy, ale powinniśmy robić wszystko, żeby być równymi wobec możliwości, dostępu do edukacji, prawa i tego jak jesteśmy traktowani.

Spotkałam się z jakiś czas temu z nastolatkami, którzy nie potrafili złożyć skarpet do pary i umyć naczyń – polewali talerze płynem i odstawiali na suszarkę bez spłukania. Z kolei dziewczynki powtarzały, że nie bardzo chcą się uczyć o finansach, bo nie mają do tego głowy.

To właśnie pokłosie wychowania w stereotypach. W każdej kobiecie jest pierwiastek męski, w każdym mężczyźnie jest pierwiastek żeński. Spróbujmy się zastanowić, czy nie byłoby dobrze, gdybyśmy wprowadzili element równowagi i uczyli chłopców więcej o obowiązkach domowych, a dziewczynki zachęcali żeby rozwijały swoje talenty i dbały o swój rozwój. Przecież o to w końcu chodzi, żeby nasze dzieci potrafiły o sobie dobrze zadbać w przyszłości. Wiemy już, że dziś potrzeba do tego różnych kompetencji.

Także samodzielności?

Zdecydowanie. Smuci mnie, kiedy widzę, że wciąż uczy się dziewczynki tego, że będą wartościowe, jeśli będzie przy nich mężczyzna i ten mężczyzna będzie je chwalił, mówił, że są piękne. Mamy potrzebę odbijania swojego piękna, swojego intelektu, poczucia własnej wartości w oczach mężczyzny. Bardzo staram się nie przekazać tego swojej córce. Próbuję w niej zaszczepić przekonanie, że poczucie jej wartości kształtowane będzie przez nią samą – przez jej wizję siebie i tego, co chce robić, a nie przez to, jak ocenią ją inni. Powtarzajmy to swoim córkom. Uczmy je samodzielności, niezależności myślenia. Jeśli dziewczynki nie uczymy jak zajmować się finansami od najmłodszych lat, to sprawiamy, że ona potem będzie od kogoś zależna.

Pieniądze dają władzę i wolność?

Wiele kobiet już dawno odeszłoby od swoich mężów, ale nie może tego zrobić, bo nie utrzymają ani siebie, ani dzieci. Mówi się, że im więcej dzieci, tym trwalsze rodziny. Tak jest, ale do czasu. Moja znajoma opowiadała mi ostatnio o pewnej kobiecie, która mimo świetnego wykształcenia postanowiła, że po ślubie zostanie w domu. Urodziła trójkę dzieci, skupiła się na ich wychowaniu i zajmowaniu się rodziną. Dzieci dorosły, skończyły studia, wyprowadziły się z domu i wówczas ona usłyszała od męża, że ten chce rozwodu, bo poznał inną, młodszą i atrakcyjniejszą kobietę. Ta kobieta znalazła się w dramatycznej sytuacji, bo okazało się, że nie ma z czego żyć i nie potrafi znaleźć żadnej pracy. Dopiero wówczas zorientowała się, że nie ma wokół niej przyjaciół, ludzi, którzy mogliby jej jakoś pomóc. To nie jest odosobniona historia. A wciąż wśród studentek obserwuję, że wcale nie jest powszechne przekonanie, że kobiety powinny zarabiać tyle samo na tym samym stanowisku albo że mężczyzna powinien więcej pomagać w domu.

Wciąż nie uważamy, że zasługujemy na równe prawa, na to, żeby nam było łatwiej w sferze rodzinnej i zawodowej? Często słyszę jak kobiety same sobie odbierają też prawo do sukcesów – kiedy proszone są o opinię, mówią: „Proszę zapytać szefa, on się lepiej zna”, a kiedy dziękuję za nagrody mówią: „To zasługa mojego zespołu”. To też pokłosie wychowania i stereotypów?

Oczywiście, że tak. Sfera osiągnięć wciąż zarezerwowana jest dla mężczyzn, a dla kobiet rezerwuje się sferę domową. Ładne firanki, odkurzony dywan, dobry obiad. A mężczyzna? Świetny projekt, kolejny awans, dobre zarobki. Nie oceniam i nie potępiam kobiet, które chcą zostać w domu. Musimy tylko mieć wszyscy świadomość, że to czasem wpędza kobiety w kłopoty. Im dłużej zostają w domu, tym trudniej jest im wrócić na rynek pracy. Z kolei ich mężowie, mając wygodną, ale trochę nudną przystań w domu, zaczynają szukać doznań i ekscytacji poza małżeństwem, w ramionach innej kobiety.

I tak źle i tak niedobrze, bo kobiety niezależne wciąż słyszą, że odstraszają mężczyzn.

Pamiętam, że kiedy byłam na studiach doktoranckich, a jeszcze nie byłam zamężna, słyszałam często od bardziej doświadczonych kobiet pewną radę – „Tylko nie chwal się za bardzo, że robisz doktorat, nie mów o swoich osiągnięciach, bo mężczyźni nie lubią takich kobiet”. Odpowiadałam wówczas, że ja nie lubię za to mężczyzn, którzy się tego boją. To wciąż jest dość powszechne. Były badania, które pokazywały, że kobiety boją się sukcesu. Boją się, że zostaną źle ocenione, że uzna się je za mało kobiece, za nieczułe, za kiepskie partnerki.

Mężczyźni naprawdę boją się samodzielnych i spełnionych kobiet?

Wielu tak. Tacy mężczyźni widzą w samodzielnych kobietach konkurencję i zagrożenie, a nie są do tego przyzwyczajeni, bo do tej pory musieli rywalizować tylko z innymi mężczyznami.

Mówiła Pani o kobietach porzucanych przez mężów. Z drugiej strony coraz częściej obserwuje się zjawisko tzw. siwej rewolucji. Stoją za nim kobiety po 50., które po tym jak rozpada się im małżeństwo zaczynają nowe życie – idą na studia, zakładają firmy, uprawiają sport. Tak jakby musiały uwolnić się z tradycyjnej roli, żeby odkryć siebie.

W małżeństwie wciąż wiele z nas nie potrafi tego zrobić, bo źle pojmujemy istotę małżeństwa. Sami sobie pewne wzorce narzucamy i w pewnym momencie zamykamy się na inne możliwości i rozwiązania. Na przykład, że nie trzeba poświęcać siebie i swoich marzeń, żeby małżeństwo było udane. Kilka miesięcy temu ukazał się wywiad z Agnieszką Chylińską, która burzyła w nim pewną iluzję na swój temat – szczęśliwej żony i matki. Budowała ją w wielu rozmowach, aż w końcu ta różowa bańka pękła i okazało się, że to życie wcale nie jest takie idealne.

Agnieszka Chylińska mówiła, że macierzyństwo ją wyjawiło, a ona sama przestała mieścić się w schemacie, który sama sobie wymyśliła.

Bo idealne życie nie istnieje. Jeśli chcemy mieć różową bańkę i poświęcamy siebie dla rodziny i dzieci, nie dajemy sobie przestrzeni dla siebie, to kończy się dramatem – rozbitym małżeństwem, rozbitymi przyjaźniami. Naomi Watts, która ostatnio rozstała się z partnerem, powiedziała, że czasem związek musi się zakończyć, że mogła trwać rodzina. Wiele osób to oburzy, ale ja myślę, że ona ma rację. Nam się to wydaje absurdalne, bo uważamy, że rodzina to małżonkowie i dzieci. A tak nie musi być. Są rodziny, w których małżonkowie nie są już ze sobą, ale potrafili zbudować przyjacielskie relacje. Dzięki temu jeżdżą wspólnie na wakacje, wychowują dzieci, ale już bez tego napięcia, kłótni i frustracji, która im wcześniej towarzyszyła. Ludzie, którzy żyją w poczuciu nienawiści i rozstają się z poczuciem gniewu czy krzywdy nie potrafią takiej relacji potem zbudować. Cierpią oni, ale najbardziej na tym cierpią ich dzieci.

Wiele kobiet pisało po tym wywiadzie, że za mało jest kobiet, które szczerze mówią o swoim macierzyństwie. Były jednak i takie, które ostro skrytykowały Agnieszkę Chylińską za tę szczerość.

Kobiety tak reagują, bo ona mówi ich głosem. Same chciałyby to czasem powiedzieć, ale się boją, bo to jest nieakceptowalne społecznie. Boją się swoich myśli. Boją się tego, że tak jak Agnieszka Chylińska myślą czasem, że nienawidzą swojego życia, a nie chcą się do tego przyznać. Ona mówi głosem ich pragnień i marzeń, żeby coś się zmieniło w ich życiu, żeby coś przeżyć jeszcze, żeby ktoś je uwiódł, mówił jakie są piękne i seksowne, żeby je wywiózł na romantyczne wakacje. Marzą o tym i boją się tego, bo ich życie tak bardzo jest od tego odmienne. To znów pokłosie tego przekonania, o którym już mówiłam, że przez całe życie mamy być tacy sami i się nie zmieniać. Przykro mi, ale to jest niemożliwe. A skoro wiadomo, że się zmieniamy, że pojawiają się nowe potrzeby, to nasze uczucia i związek też muszą ewoluować.

Nasz partner też będzie inny niż na początku związku.

Oczywiście, dlatego tak wiele par odkrywa w pewnym momencie, że po wielu latach związku coraz mniej ich łączy. A jednak jest w nas egoistyczne przekonanie, że my sami możemy się zmieniać, ale partner powinien nas kochać tak samo. To, że kobieta ma odwagę powiedzieć, że czuje się nieszczęśliwa, zmęczona czy rozczarowana, nie oznacza, że ona chce od razu porzucić dzieci, męża i rodzinę. Ile jest kobiet, które wejdą w wiek dojrzały i nie zdobędą się na to, żeby powiedzieć sobie – moje życie nie jest fajne, jest mi źle. Chcemy wpiąć się w stereotypy, które nas duszą.

A niektóre znajdą odwagę dopiero po pięćdziesiątce.

Zgadza się, ale miejmy świadomość, że mówimy o trendzie, który dotyczy dużych miast, świadomych kobiet. W wielu mniejszych miastach kobieta po 50. to starsza pani, często babcia, która opiekuje się wnukami. Zmiany zachodzą i im kibicuję, ale zachodzą powoli. Tu nie chodzi o to, żeby teraz uznać, że jedynym scenariuszem na życie jest zmiana, zostawienie męża i rodziny, ale o to, żeby zastanowić się, jaka ja jestem, jaką drogą chcę iść, czy ta droga, którą idę jest tą, którą chcę iść.

Wychodzi na to, że zmiana stereotypów jest trudna nie tylko dla mężczyzn, ale i dla kobiet?

Tak, często obserwuję, że dziewczyny wybierają łatwiejszą drogę. Walka o siebie wymaga wysiłku. Co się stanie, jeśli dziewczynce od dziecka wmawia się, że jej wartością jest tylko jej wygląd? Kiedy zobaczy, że ludziom ładnym jest w życiu czasem łatwiej, skorzysta z tego. Ale im częściej będzie z tego korzystać, tym lepiej będzie rozumieć, że wpadła w pułapkę, z której wyjście jest trudne. Bo nagle zacznie słyszeć od innych, że skoro jest ładna, to pewnie jest też głupia, a karierę zrobiła przez łóżka. Odkręcenie tego wymaga wysiłku, a nie każdy chce go podejmować.

Drugą skrajnością są musztrujący rodzice, którzy powtarzają córkom – wygląd to nie wszystko, musisz ciężko pracować, żeby do czegoś dojść. Wydaje im się, że przygotują swoje córki lepiej do wyzwań, jeśli będą ciągle od nich więcej wymagać – „Dostałaś tylko czwórkę? Przecież stać cię na szóstkę” albo „Chyba za mało się starasz, do niczego w życiu nie dojdziesz”. W jaki sposób ten rodzaj motywacji wpływa na dziewczynki?

Budzi chore ambicje i poczucie, że osiągnięcia nie są sukcesem, ale sposobem uniknięcia porażki. Uruchamia to w nas negatywną motywację, która powoduje, że nie dążymy do sukcesów, ale bronimy się przed niepowodzeniami. Co jest w tym złego? Na poziomie obiektywnym może się wydawać, że nic, bo przecież i tak w końcu osiągamy sukces. Ale na poziomie subiektywnym różnica jest widoczna. Ktoś, kto motywuje się negatywnie, żyje w ciągłym lęku i stresie. Musi sam siebie sponiewierać, żeby zmobilizować się do działania. Kiedy już sukces zostanie osiągnięty, to osoba, która jest nastawiona na cel, odczuwa dumę i radość. To są emocje, które generują energię i dostarczają pozytywnych emocji. Powodują, że mamy ochotę postawić sobie kolejny cel i do niego dążyć. Mamy też do tego zasoby. U osób, które miały negatywną motywację sukces powoduje, że odczuwają ulgę. Nie cieszą się z tego sukcesu, po prostu mogą odetchnąć, że nie polegli. Ulga nie daje energii. Ulga powoduje, że coś zostaje ujęte – stres, lęk. Ulga nie zmobilizuje nas też do nowych wyzwań. Spowoduje za to, że jeśli tylko będziemy mogli, spróbujemy uniknąć weryfikacji swoich umiejętności, bo traktujemy to jako moment, który może odsłonić i obnażyć nasze mankamenty, wady i słabości. Bardzo więc odradzam takie sposób motywacji kogokolwiek.

To co przekazywać dziecku zamiast tego?

Zamiast wytykać dziecku błędy, mówić mu, co się stanie jeśli czegoś nie zrobi, lepiej jest mu towarzyszyć i być z nim w wyzwaniach. Kiedy dziecko ma zadanie domowe, nie mówmy – idź teraz i odrób lekcje. Usiądźmy z nim, zobaczmy, co to za zadanie, pokażmy, jeśli dziecko czegoś nie rozumie. W dziecku motywację budzi rodzic, który je wspiera i inspiruje. Dzięki takiemu wsparciu mamy szansę wychować dzieci, które mają dobrą samoocenę, potrafią budować swoją wartość w oparciu o swoje osiągnięcia i talenty, nie ulegając stereotypom, które je ograniczają.

***

Dr Ewa Jarczewska-Gerc, doktor nauk humanistycznych, psycholog, adiunkt w SWPS w Warszawie. Posiada 11 lat doświadczenia zawodowego jako wykładowca, trener i badacz. Od 2004 roku prowadzi warsztaty, szkolenia, wykłady oraz indywidualne konsultacje psychologiczne. Specjalizuje się w psychologii motywacji: efektywnym i wytrwałym realizowaniu celów, zarządzaniu stresem i czasem oraz treningiem mentalnym.

Więcej na www.gercconsulting.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!