Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Świat w erze celebrytów

Świat w erze celebrytów

czas celebrytów
prof. Małgorzata Molęda-Zdziech

Czy dziś wygrywa ten, kto lepiej rozumie media? Czy fakty mogą wygrać z emocjami i kliknięciami? O tym, co dzieje się, gdy rozum śpi mówi prof. Małgorzata Molęda-Zdziech.


Gdyby zależało mi na clickbaicie, czyli na tym, żebyście Państwo za wszelką cenę kliknęli w ten artykuł, musiałabym zrobić na przykład taki tytuł: „Cała prawda o demokracji! NIE UWIERZYCIE!” albo „Trump OBNAŻONY! [najlepsze MEMY]”. Dla mnie jednak ważniejszy jest nie krzykliwy tytuł, ale to, żeby kliknęli Państwo w link świadomie, nie dla sensacji (która zresztą zwykle rozczarowuje), ale z ciekawości, z chęci dowiedzenia się czegoś nowego i zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas. Wiem, że takich osób jest coraz mniej. Ale wiem też, że wiele z nich zagląda na nasz portal. Choć trudno w to uwierzyć, szukają nie memów i szybkich newsów, ale długich, pogłębionych tekstów i wywiadów. Z myślą o nich powstają takie rozmowy, jak ta z socjolożką, politolożką i profesorką SGH, Małgorzatą Molędą-Zdziech, autorką książki „Czas celebrytów. Mediatyzacja życia publicznego”. Wspólnie dyskutowałyśmy o tym, czy Donald Trump to typowy polityk-celebryta, czy Hillary Clinton przegrała przez brak solidarności kobiet, dlaczego fakty przegrywają z emocjami i dlaczego nie można nie mieć czasu dla demokracji.

Dagny Kurdwanowska: W USA miała być pierwsza w historii kobieta-prezydent, a wygrał Donald Trump. Co sobie pomyślałaś, kiedy zobaczyłaś wyniki?

Prof. Małgorzata Molęda-Zdziech: Pomyślałam, że chyba jestem zbyt naiwna. Sądziłam, że ludzie jednak kierują się rozumem i przy tak ważnych decyzjach politycznych potrafią ważyć racje. Myliłam się. Pomyślałam też od razu o Francji – czy to w postaci Marine Le Pen ziści się sen o kobiecie-prezydencie? Cały czas wierzę, że kartezjański duch rozumu we Francji zadziała. Mam nadzieję, że przynajmniej debata będzie tam prowadzona na innym poziomie i w taki sposób, żeby przedstawiać racje i fakty.

Myślisz, że teraz fakty mają jeszcze znaczenie? Po tym, co wydarzyło się w USA i po tym, jak wyglądały debaty w Europie na temat uchodźców i Brexitu mam poważne wątpliwości, czy komuś jeszcze chodzi o fakty.

Powiedziałabym tak – trochę wszyscy sobie ten Brexit i tego Trumpa wybraliśmy. Za bardzo „odpuściliśmy” poważną debatę publiczną. Jeśli w życiu publicznym nie ma miejsca na pogłębioną refleksję, zastanawianie się nad światem, zadawanie sobie pytań o to, co się takiego dzieje, czy jeszcze rozumiemy rzeczywistość, to wyniki wyborów są takie, jakie są. I nie dotyczy to tylko Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych, ale także Polski, a za chwilę być może Francji.

Kapitał społeczny wspiera innowacyjność i rozwój. Jak go budować w Polsce, kraju dużych podziałów i niskiego zaufania społecznego wyjaśnia prof. Małgorzata Molęda-Zdziech.

Na czym to „odpuszczanie” polega?

Przede wszystkim na gnuśności, na intelektualnym rozleniwieniu i strategii wycofywania się w sferę prywatną. To, że świat przyśpieszył powoduje, że musimy włożyć więcej wysiłku, żeby obserwować, co się zmienia i lepiej rozumieć mechanizmy. Ale to wymaga ciągłej pracy nad sobą, ciągłego uczenia się.

A my wcale nie mamy ochoty tego wysiłku podejmować.

Właśnie. Podejmiemy wysiłek, a tu nie wiadomo, jaki będzie jego efekt. Może wcale nie będzie korzyści. Szkoda zatem się wysilać.

Debata publiczna to była pewna wartość. A teraz sprowadza się do tego, kto szybciej wymyśli mem. Wszystkie poważne wydarzenia są komentowane śmiesznymi obrazkami. Nie idzie za tym poważna analiza.

Tak właśnie media zmieniła kultura infotainmentu. Przejawem tego jest upraszczanie informacji, wszechobecne obrazki, zdjęcia, infografiki i memy. To zjawisko pojawia się nawet w świecie nauki, gdzie coraz częściej organizuje się tzw. sesje posterowe. Wszystko próbuje się wytłumaczyć za pomocą obrazka. Obraz działa od razu – od razu trafia do emocji.

Brak debaty to tylko jeden z powodów zwycięstwa Trumpa i innych negatywnych zjawisk, które obserwujemy, np. wzrostu popularności środowisk radykalnych.

Bardzo ważny jest kontekst tego, co się dzieje. W wymiarze ekonomicznym na przykład działa zła twarz globalizacji. Bo globalizacja to nie tylko wspólne produkty, podróżowanie bez granic i otwartość, ale także duże dysproporcje. W USA dochody białych mężczyzn, zwłaszcza robotników bardzo się obniżyły. Wzrosła za to frustracja, rosną resentymenty. To musi znaleźć gdzieś swoje ujście, na przykład w postaci decyzji wyborczych, bo dla tych ludzi to jedyny moment, kiedy mogą wyrazić swoje zdanie. W wymiarze społeczno-politycznym, to z kolei cały kontekst ponowoczesności ze zmiennym systemem wartości, brakiem autorytetów, a zastąpieniem ich całą rzeszą ekspertów. Dziś każdy może być ekspertem. Ludzie, którzy przez całe życie badają jakiś temat, znają go dogłębnie, przestają być dla nas autorytetami.

Przestajemy im wierzyć?

Przestają być interesujący dla mediów. Dziennikarze ich nie zapraszają, bo są mało medialni. Mówią za długo, powołując się na naukowe nazwiska. Słowem nuda. Lepiej o wybory, uchodźców i podatki zapytać celebrytę lub znanego sportowca.

To oni będą się klikać, bo a nuż powiedzą coś kontrowersyjnego.

Tak, dziś każda opinia jest w pewnym sensie równoważna, a wygrywa ta, która jest bardziej wyrazista. Nawet jeśli nie jest merytoryczna. To z kolei efekt rewolucji medialnej i pojawienia się mediów społecznościowych. Dziś media muszą działać 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. A to oznacza, że cały czas muszą dostarczać nowości, przyciągać uwagę. Proces publikacji treści bardzo się skrócił. Nie ma czasu na selekcję, weryfikację, refleksję.

Wedle zasady – puszczamy newsa w świat, potem będziemy się martwić.

Posłużyłabym się metaforą Manuela Castellsa – „władza komunikacji”. To tytuł jednej z jego książek, która pokazuje, że w przypadku nowych mediów nie ma przejścia od informacji do wiedzy. Mamy inflację informacji, ale te informacje nie powiększają naszej wiedzy. W przypadku tradycyjnych mediów hierarchiczna struktura redakcji, kolegia redakcyjne i cały proces wydawniczy, powodowały, że informacje były sprzedawane w postaci porcji wiedzy. Przynajmniej w większości przypadków. Gazety miały swój profil, mieliśmy podział na media opiniotwórcze i tabloidalne, a teraz to wszystko się zaciera. Mamy jeden inforozrywkowy sos.

W którym liczy się clickbait, czyli to ile kliknięć wygeneruje artykuł. Nie jest ważne nawet to, czy ktoś ten tekst w ogóle przeczytał, a jeśli przeczytał, to czy zrozumiał.

I to nam bardzo dobrze tłumaczy wybór Trumpa, bo to był idealny – świetnie klikalny – kandydat, który znakomicie wpisywał się w ten kontekst.

Czy Trump to typowy polityk-celebryta?

Donald Trump jest kimś więcej niż celebrytą. Celebryta to człowiek, który epatuje nas swoją prywatnością i w ten sposób zyskuje popularność. A Trump bardzo sprawnie zarządzał swoją obecnością w mediach. Doskonale wiedział, jak przyciągać ich uwagę. Sam, z dużym sukcesem, prowadził przez kilka lat program telewizyjny, więc wie, jak wywoływać emocje. A przecież dokładnie o to chodzi we współczesnych mediach – o wspólnotę emocji.

Właściwie dlaczego emocje stały się tak ważne?

Bo język emocji jest uniwersalny. Rozumiemy go bez względu na rasę, narodowość, wiek, doświadczenie, wiedzę – tak samo się wściekamy, tak samo nienawidzimy, czy kochamy. Z rozumem jest trudniej. Trudniej go uruchomić. Przekazując jakąś informację, musimy wiedzieć, jaką wiedzą dysponują odbiorcy, czy dane pojęcie jest im znane, jaka jest ich wiedza o ekonomii, historii, finansach. Musimy się postarać, żeby fakty i dane były przystępne, dostosowane do kompetencji poznawczych odbiorcy. Z emocjami nie ma tyle zachodu. Marketing, także ten polityczny, skupia się na wywołaniu wrażenia, na wywołaniu potrzeb. W przypadku wyborów politycznych, nie ma w nim miejsca na pogłębioną prezentację programów politycznych kandydatów, jest walka na wizerunki kandydatów. Trump przecież do końca nie miał jasnego programu, co chwila zmieniał zdanie. Częściej wygłaszał jakieś postulaty albo luźne pomysły, z których łatwo mu się było potem wycofać.

Jak to możliwe? Ludzie go z tego nie rozliczą?

To typowe w erze „płynnych zobowiązań”. Wydaje mi się, że ponowoczesny kontekst dużo nam tłumaczy w kwestii wartości, w które Trump się wpasował. On sam jest ucieleśnieniem mitu wiecznego chłopca, który nigdy nie dorasta, który nie bierze za nic odpowiedzialności, może zmieniać zdanie, kiedy chce. Jest skupionym na sobie egocentrykiem, w jednym z wywiadów powiedział wprost, że „Ameryka potrzebuje ego”. A skupienie na ego także jest jednym z elementów ponowoczesności. Patrzymy na świat przez filtr naszych potrzeb i oczekiwań. I nagle ktoś mówi to, co mamy w głowie, ale jest tłumione przez dobre wychowanie i polityczną poprawność.

Wiemy już, że Trump potrafi błyszczeć w mediach. Za chwilę zacznie urzędować w Białym Domu. Sądzisz, że decyzje polityczne będzie podejmował także w oparciu o emocje i oczekiwania większości?

Trudno powiedzieć. Od wyborów minęło ledwie kilka tygodni. Na szczęście, w Stanach Zjednoczonych władza sprawowana jest nie tylko przez prezydenta, ale także przez gabinet i cały zespół ludzi. Miejmy nadzieję, że to będą fachowcy, bo cały jego program był budowany na chaosie. Myślę, że samego Trumpa też ten sukces zaskoczył. Od razu po zwycięstwie zmienił język. Podziękował najbliższym i sztabowi, pogratulował też Hillary Clinton. Nie dziękował za to wspierającym go gwiazdom i celebrytom, wśród których był m.in. Clint Eastwood, czy Mike Tyson. A przecież wsparcie celebryckie w kampanii politycznej w USA wydawało się bardzo ważne.

Z drugiej strony niewiele pomogło Hillary, choć stanęła za nią rzesza wielkich i wpływowych gwiazd, m.in. Beyoncé czy Madonna.

Większość Hollywood i nie pomogło. W zasadzie każda grupa wyborców mogła sobie znaleźć swojego celebrytę.

Clinton miała wsparcie gwiazd, z niewielką przewagą, ale jednak prowadziła w sondażach. I nagle Trump wyprzedził ją na ostatniej prostej. Zdecydowało tylko to, że był bardziej aktywny do ostatniej sekundy?

Trump lepiej zrozumiał nie tylko media, ale też to, że dziś kampania wyborcza się nie kończy dzień przed wyborami – trwa cały czas. Politycy muszą nieustannie dbać o utrzymanie uwagi wyborców. Moment wyboru to po prostu start kolejnej kampanii. Ale jest także inne wytłumaczenie tego, co się stało. W latach 70. niemiecka politolożka Elisabeth Noelle-Neumann sformułowała teorię spirali milczenia. Tłumaczy w niej, dlaczego ludzie nie głosują na kandydatów z głównego nurtu. Dlaczego wolą deklarować na potrzeby sondaży, że zagłosują tak, jak inni. A przyczyna jest banalna – nie chcą czuć się wyobcowani. Boją się po prostu odrzucenia, chcą być tacy, jak inni. Nie bez powodu w nowych mediach na początku pojawił się tylko przycisk „Lubię to” – chcemy być lubiani i szukamy społecznej aprobaty. Dzięki tej teorii łatwiej zrozumieć, w jaki sposób nikomu nieznany kandydat może nagle zagrozić głównym konkurentom. W Polsce stało się tak w wyborach prezydenckich w 1990 roku, kiedy Stan Tymiński, nieznany emigrant z Kanady, człowiek znikąd, pokonał w turze Tadeusza Mazowieckiego i zagroził Lechowi Wałęsie. Media w pierwszej fazie nie traktowały Tymińskiego poważnie, nie poświęcały mu uwagi, wyśmiewano się z tego, jak kaleczył język, z jego czarnej teczki, w której miały być jakieś tajne dokumenty. Jego reklamy telewizyjne były siermiężne. A jednak przeszedł do drugiej tury, uzyskując aż 23% głosów. Bo przez to, że się z niego śmiano w mediach, ludzie nie chcieli się publicznie przyznać, że na niego zagłosują, ale w lokalu wyborczym oddali głos właśnie na niego. W Stanach Zjednoczonych – w sondażach prowadziła Clinton, ale o wyborze, zgodnie z amerykańskim systemem wyborczym, zadecydowały głosy elektorów.

Clinton była za mało celebrycka?

To trochę bardziej skomplikowane. Dla Hillary start w wyborach i ewentualne zwycięstwo było zwieńczeniem jej kariery zawodowej i politycznej. Budowała ją konsekwentnie całe życie, broniąc swojego męża w czasie afery z Moniką Lewinsky, pracując cały czas w administracji rządowej. Przemawiała też do innego elektoratu niż Trump – bardziej wykształconego i oczytanego. Problem polegał m.in. i na tym, że według badań 44 procent Amerykanów czerpało informacje na temat wyborów wyłącznie z Facebooka. Po raz pierwszy w tej kampanii na tak dużą skalę zastosowano nowe technologie. Pojawiają się informacje na temat botów, które produkowały tweety. Kandydaci musieli przedzierać się z informacjami tak, żeby były jak najszerzej rozpowszechnione i faktycznie Trump lepiej sobie z tym zadaniem poradził. Słabym pocieszeniem jest to, że w liczbach bezwzględnych wyborcy głosowali na Hillary. Przeważyły głosy elektorskie. Za wynik wyborów nie możemy jednak winić botów czy Facebooka.

System dla obu kandydatów był taki sam.

A decyzję na końcu podejmują ludzie.

Ludzie, którzy wielokrotnie zarzucali Clinton, że ich nie słucha, że jest oderwana od rzeczywistości. Mówiłaś już o białych robotnikach, ale tych sfrustrowanych i wykluczonych ludzi jest więcej. W USA w ciągu ostatnich 10 lat rodziny straciły średnio 5000$ dochodu rocznie.

To jest bardzo ważny problem. Neoliberalne podejście zaczyna się wyczerpywać. Ludzie są już zmęczeni. Dane ekonomiczne pokazują, że bogaci mają coraz więcej, a biedni coraz mniej, dysproporcje w dochodach rosną, nierówności zamiast się spłaszczać – pogłębiają się. Neoliberalizm pokazuje, że dla nielicznych praca może być wartością z gwarancją płacy, z prawem do urlopu. Duża rzesza osób pracuje na czarno, nie ma ubezpieczenia, przywilejów, czuje się wykluczona. Dotyczy to zwłaszcza robotników.

Nie tylko. Dysproporcje zaczynają dotyczyć szerokiej grupy ludzi i wywoływać niezadowolenie wśród tych, którzy wcześniej byli skłonni głosować racjonalnie, ale mają już dość – w USA, w Polsce, w Wielkiej Brytanii. To ludzie wolnych zawodów, przedsiębiorcy, klasa średnia.

W Polsce ta grupa po prostu nie głosuje, wybiera strategię niezaangażowania w politykę, czy życie publiczne. Naszym problemem jest wysoka absencja i to, że ludzie udają się na emigrację wewnętrzną. Młodzi, wykształceni, całą klasa kreatywna – ich polityka – w większości – nie interesuje.

A w USA? Tam też była niska frekwencja.

Spadająca frekwencja jest współczesnym fenomenem. Ludzie, kiedy widzą, że polityka jest brudna, rządzi się niejasnymi regułami, wycofują się. W USA przeważyły głosy białych mężczyzn z niskim uposażeniem. Dla nich Trump był optymalnym wyborem – mówił o zabezpieczaniu miejsc pracy, miał wizerunek macho, „swojego chłopa”, zdobywcy kobiet.

Fakt, że Clinton jest kobietą musiał być w ich oczach sporym minusem.

Hillary była przykładem prymuski, prawniczki, intelektualistki, chłodnej, twardej kobiety. Musiała być silną kobietą, skoro nie rzuciła męża po aferze z uwiedzeniem stażystki, która toczyła się na oczach całego świata. Nie załamała się wtedy, podniosła i przetrwała w polityce. Zapomniała tylko o jednym – współczesna kultura wymaga uśmiechu, a ona rezerwowała go na specjalne okazje.

W przeciwieństwie do Michelle Obamy, postrzeganej jako liderka przyszłości.

Nie wiem, czy można porównywać te dwie postaci – Michelle Obamy i Hillary Clinton. Z jednej strony mamy żonę prezydenta, która pozytywny wizerunek zawdzięcza swoim działaniom, ale i bardzo pozytywnemu wizerunkowi męża. Obama pokazuje się jako żona przy prezydencie. Chce uczyć i edukować. Zajęła się problemami, którymi kobieta zajmuje się w sferze domowej, np. jak karmić Amerykanów, żeby nie tyli, jak namawiać dzieci do sportu – tym kupiła Amerykę. Nie wchodzi w wielką politykę, pozostaje w tradycyjnej sferze kobiecej. Clinton chciała być nie tyle liderką, co przywódczynią.

Była zbyt zimna dla mężczyzn i zbyt twarda dla kobiet? Wiele z nich głosowało na Trumpa, mimo zarzutów o przemoc seksualną.

Hillary Clinton zawdzięcza swoją porażkę braku solidarności kobiet. Kobiety nie zagłosowały na kobietę. To jest fenomen widoczny i w polskiej polityce: kobiety głosują na mężczyzn, choć ci w większości nie reprezentują ich interesów.

Może dlatego, że kobiety, które stają do wyborów, bardzo często traktują inne kobiety w sposób użytkowy. Zaczynają mówić o ich problemach dopiero w czasie kampanii. Nie ma tak dużo polityczek, które działają na rzecz praw kobiet. Doskonale było to widać przy okazji czarnych protestów i dyskusji wokół aborcji, kiedy część posłanek odcięła się od dyskusji. Być może w kobietach jest nieufność, że płeć staje się narzędziem gry politycznej.

Na pewno nasza sytuacja nie jest porównywalna z tym, co dzieje się w USA. Obecność kobiet w sferze politycznej jest tam większa.

Chociaż na szczytach władzy wcale tak wiele ich nie ma.

Myślę tu raczej o zaangażowaniu w życie publiczne, obecności w mediach oraz o sferze języka. Ty użyłaś słowa polityczka, które bardzo lubię, natomiast u większości w Polsce wywołuje ono jeszcze śmiech. Różne wydawnictwa proszą mnie o przesłanie notatki o sobie i kiedy podpisuję się w niej jako politolożka i socjolożka, proszą o zmianę, bo takiej formy nie uznają. W radiu też nie chcą w ten sposób przedstawiać gości. We Francji i w Hiszpanii już są żeńskie formy, np. profesorka. Im jesteśmy wyżej w hierarchii, tym bardziej język polski preferuje męskie formy. Nasz język nie jest przyzwyczajony do żeńskich form. W 110-letniej historii SGH była tylko jedna pani rektorka, zmarła już profesor Janina Jóźwiak. Na UW – 200 lat historii – podobnie . Pierwszą i jedyną panią rektor była pani profesor Katarzyna Chałasińska – Macukow. Podobnie w biznesie. W USA w największych firmach na najwyższych stanowiskach jest tylko 4% kobiet. Być może odpowiedzią na to są kwoty. W niektórych państwach, np. we Włoszech, Francji, Niemczech, Norwegii czy Holandii, kwoty ze względu na płeć w radach nadzorczych zostały już wprowadzone bądź trwają prace nad ich wdrożeniem. W Norwegii i we Francji sięgają one 40% na rzecz kobiet.

Jak to wszystko, o czym dziś rozmawiamy – Trump, Brexit, Marie Le Pen, upadek debaty publicznej – wpływa na jakość współczesnej demokracji.

Neoliberalizm mówił nam – pracujcie i bogaćcie się. Realizując te hasła, zaczęliśmy pędzić, pracować więcej, przestaliśmy mieć czas na to, żeby zastanawiać się nad światem, żeby budować relacje i pielęgnować inne wartości. Zobacz, jak wygląda dziś edukacja. Szkoła przestaje uczyć nas myślenia. Preferuje się testy, gdzie wybiera się błyskawiczne odpowiedzi, słowa klucze – to wszystko zabija w nas kreatywność, a poza tym nie daje okazji do refleksji. Brak debaty publicznej powoduje, że jest cała sfera tematów, która jest wypierana – w skali kraju i globalnie, np. zmiany klimatyczne, głód, bieda. Emocjonujemy się rankingami najbogatszych, a o biednych nie mamy ochoty rozmawiać. Nie mówi się o sprawach niedobrych, smutnych, bo to nie jest temat medialny. Medialne są tylko wypadki i katastrofy, bo w nich mamy element sensacji. A co sensacyjnego jest w tym, że ktoś chodzi głodny?

Gorzkie słowa.

Jakiś czas temu przeczytałam książkę Jonathana Crary’ego, „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu”, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Autor pokazuje, jak krok po kroku, odbiera nam się ostatni przyczółek sfery prywatnej – prawo do snu i odpoczynku. Pracujemy coraz dłużej i intensywniej, a przez to coraz mocniej wypadamy z relacji społecznych. Ich protezę tworzymy sobie w mediach społecznościowych. Z jednej strony mamy więc porządek ekonomiczny, ale z drugiej, moim zdaniem ważniejszy, porządek społeczny. Takie funkcjonowanie, w którym nie mamy czasu już na nic, robi duże spustoszenie w naszych relacjach, umiejętności zbudowania rodzinnych więzów, umiejętności podziału czasu na pracę i odpoczynek.

Wpływa też na brak chęci do angażowania się w sferze publicznej. Ile nas może kosztować brak czasu dla demokracji?

Strategia wycofania się, w skali masowej, nigdy nie przynosi pozytywnych skutków. Ktoś za nas zadecyduje, wprowadzi swój niekoniecznie demokratyczny porządek, bo zgodnie z tytułem ryciny Goi – Gdy rozum śpi, budzą się demony.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij