Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

“Torebka mamy” – przeczytaj fragment książki Magdaleny Zawadzkiej “Moje szczęśliwe wyspy”

“Torebka mamy” – przeczytaj fragment książki Magdaleny Zawadzkiej “Moje szczęśliwe wyspy”

Magdalena Zawadzka
Magdalena Zawadzka

 

„Guciu! Czy nie widziałeś gdzieś mojej torebki?” – pytam i słyszę przekorną odpowiedź: „Torebki? To jest torba na obrok dla konia!”. To prawda. Od dawna noszę torby pokaźnych rozmiarów, bo poza tym, że są modne, muszę zmieścić w nich mnóstwo potrzebnych mi rzeczy. Przez chwilę zastanawiam się, czy rzeczywiście są mi one aż tak potrzebne. Ale niestety, odpowiedź jest twierdząca. Kiedyś nosiłam małe, zgrabne torebeczki i nie wyobrażałam sobie siebie z worem, który teraz codziennie dźwigam.

Gdy przywołuję w pamięci obraz mamy idącej ulicą, widzę ją z torebką powieszoną na pasku przez ramię, jakby od niechcenia. Torebka nie była zbyt duża, bo też zawartość była skromna – w porównaniu z tym, co dziś mieszczą damskie torby. W tej ślicznej, skórzanej torebce w kolorze kasztana były tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

A więc: mały portfelik, w którym, poza niewielką sumą pieniędzy, był dowód osobisty, bilet miesięczny na tramwaj oraz zdjęcia dziadków, taty i moje. W bocznej, wewnętrznej kieszonce miała swoje miejsce zawsze czysta batystowa albo jedwabna chusteczka do nosa z wyhaftowanym przez mamę monogramem. Jednorazowe higieniczne chusteczki były u nas wtedy nieznane. Klucz do drzwi wejściowych domu był tylko jeden, więc nie zajmował wiele miejsca w rogu torebki.

(…)

Najbardziej okazała była kosmetyczka, choć też nie pękała w szwach od nadmiaru kosmetyków. A te podstawowe to: sypki puder w srebrnej puderniczce z lusterkiem, szminka do ust, tusz do rzęs, zalotka – małe urządzenie do podkręcania rzęs, szylkretowy grzebień i flakonik cudownie pachnących perfum. Ach, te perfumy! Uwielbiałam je wąchać, a kryształowe buteleczki, nawet, gdy były puste, jeszcze długo utrzymywały zapach i bawiłam się nimi, jak najpiękniejszymi zabawkami. Mama, mimo skromnych możliwości finansowych pozwalała sobie na luksus używania dobrych perfum. Nie kusiły jej tanie i popularne Być może, którym pachniała wtedy damska część PRL-u, tylko co najmniej Soir de Paris. Perfumy zdobywała znanymi sobie sposobami. Tata nie musiał długo głowić się nad prezentem. Perfumy zawsze były najwspanialszym darem i są nim do dziś, przynajmniej dla mnie. Gdybym kiedykolwiek musiała pracować w jakimś sklepie, zawsze wybrałabym perfumerię. Wśród zapachu kosmetyków czuję się szczęśliwa jak kot, który nawąchał się waleriany. Mąż nawet wymyślił dla mnie przezwisko – Wąchalska.

(…)

Zabawne, że w moim i jego życiu kosmetyczną edukację zapoczątkowała zawartość torebki mamy. Raz w tygodniu torebka spełniała jeszcze ważniejszą edukacyjną rolę. Mama przynosiła w niej zaprenumerowane w kiosku Ruchu pisma. Nie mieściły się w całości w torebce, więc zwinięte w rulon kusząco wystawały na zewnątrz. Dla mnie był kolorowo ilustrowany pełen wierszyków i bajek „Świerszczyk”, a dla rodziców fantastycznie prowadzony przez redaktora naczelnego Mariana Eilego „Przekrój”. W miarę dorastania „Świerszczyk” ustąpił miejsca „Płomyczkowi”, potem „Płomykowi”, aż w końcu dorosłam do „Przekroju”. Czytaliśmy go od deski do deski i nie mogliśmy się doczekać następnego numeru. Uchylał rąbka „żelaznej kurtyny”, za którą tkwiliśmy karmieni nachalną propagandą. Ten malutki fragment świata, który odsłaniał „Przekrój”, był kolorowy, mądry, dowcipny, a przede wszystkim pachniał wolnością. Tygodnik wyrastał ponad przeciętność,
tak hołubioną przez aparat władzy. Każdy mógł w nim znaleźć coś dla siebie, bez względu na wiek, poziom intelektualny czy przekonania.

Jego charakterystyczną cechą była szata graficzna, różnorodność tematów oraz stałe, trwające latami rubryki i ich autorzy. Czekało się na Profesora Filutka Lengrena, satyryczne rysunki Hagi, wiersze Kerna, recenzje filmowe Aleksandry, kącik mody Barbary Hoff , fragmenty najnowszej polskiej i zagranicznej prozy czy humor z zeszytów szkolnych. Do dziś bawi mnie, że „ksiądz Robak miał wyrzuty po mordzie” czy „cierpieli głód, choć grzyby rosły im na ścianie”. Piękne też były okładki pisma ze zdjęciami robionymi przez najwybitniejszych polskich fotografów (na przykład Wojciecha Plewińskiego, Zofii i Nasierowskiej czy Zbigniewa Łagockiego). Często otwierały drzwi do kariery znajdującym się na nich osobom albo potwierdzały ich sukcesy. W miarę upływu czasu, pojawiały się i znikały inne dobre i bardzo dobre tygodniki i miesięczniki, ale chyba najdłużej trwał na posterunku „Przekrój”.

(…)

W pielęgnacji twarzy pomagały maseczki domowej roboty z owoców i innych naturalnych produktów.
Nigdy nie zapomnę, jak mama nałożyła na twarz maseczkę z ziela kozieradki. Maseczka miała kolor dużo bledszy niż naturalna cera i, zastygając, deformowała rysy twarzy. Wyglądało to okropnie. Mama, zapomniawszy o tym, otworzyła drzwi tacie i rzuciła się do powitań. Tata na ten widok omal nie dostał zawału, bo myślał, że mama ma spaloną twarz. Ten sam los zgotowałam Gustawowi, zapominając o wcześniej nałożonej na twarz maseczce z truskawki. Twarz miałam czerwoną,
a truskawkowe smugi sugerowały krwawe cięcia nożem. Tym razem mój mąż omal nie zszedł z tego świata. Takie to były czasy, ale mimo tysiąca problemów i niedogodności na każdym kroku wspominam je z czułością. Zapewne dlatego, że szczęśliwe dzieciństwo i młodość zapewniał mi dom rodzinny. Chronił mnie przed złem świata, uczył samodzielności, szacunku do ludzi i pracy, hierarchii wartości. Żyłam w nim otoczona miłością. A także dlatego, że zawsze, gdy mogłam wybierać, szłam „po słonecznej stronie ulicy”!

Magdalena Zawadzka

O książce:

Powiedzenie „podróże kształcą” ma swój głęboki sens i tego się trzymam – mówi autorka i zabiera nas na wyprawę. Ciekawie, wnikliwie, z dystansem, a przede wszystkim z wrodzonym poczuciem humoru opowiada o tym, co drogie jej sercu. Ale też o tym, co tylko pozornie jest zwyczajne.

Tytułowe szczęśliwe wyspy to nie tylko zakątki na całej kuli ziemskiej, odwiedzane przez pełną pasji podróżniczkę. To także spokojne przystanie, do których wracamy we wspomnieniach: ludzie, chwile, przedmioty i miejsca – kotwice łączące nas mocno z przeszłością, z najmilszym światem.

To opowieści o przyblokowym podwórku i dziecięcych zabawach, wspomnienia codziennego życia, dawnego smaku chleba, truskawek i wody z saturatora, anegdoty związane z ludźmi i sprawami, do których po latach, tak jak autorka, lubimy powracać – jak do bezpiecznej przystani.

Więcej znajdziesz tutaj.

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!

NEWSLETTER

Potrzebujesz jeszcze więcej motywacji, inspiracji i wiedzy?

Bądź na bieżąco i zapisz się do naszego newslettera!





Podanie przez Ciebie powyższych danych osobowych jest dobrowolne, ale niezbędne do korzystania z Newslettera.
Zapisując się wyrażasz zgodę na przesyłanie przez nas informacji o tematyce motywacyjnej, rozwoju osobistego, nowościach w serwisie oraz informacji handlowych.
Administratorem danych osobowych jest Fundacja Sukcesu Pisanego Szminką z siedzibą w Warszawie (00-012) przy ul. Podchorążych 75/77 lok. 2.
Zapoznaj się z naszą Polityką Prywatności, z której dowiesz się, jak chronimy Twoje dane.

Na tej stronie wykorzystujemy cookies. Uzyskujemy do nich dostęp w celach analitycznych oraz w celu zapewnienia prawidłowego działania strony. Jeżeli nie wyrażasz na to zgody, możesz zmienić ustawienia w swojej przeglądarce. Zobacz więcej w Polityce Prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close