Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Wielka nadzieja w kobietach

Wielka nadzieja w kobietach

Krystyna Kofta
Krystyna Kofta, fot. Wawrzyniec Kofta

Ochrona praw kobiet to wspólna sprawa – kobiet i mężczyzn, przekonuje pisarka Krystyna Kofta. Jak będzie obchodzić 8 marca? O co walczą dziś kobiety? Przeczytaj całą rozmowę.

O tym dlaczego kobiety się wkurzyły, o co walczą i przeciwko czemu dziś protestują, dlaczego prawa kobiet to dziś wspólna sprawa kobiet i mężczyzn oraz w jaki sposób budować porozumienie tam, gdzie wciąż pogłębiają się podziały Dagny Kurdwanowska rozmawia z pisarką, Krystyną Koftą.

Jak będziesz obchodzić 8 marca w tym roku?

W tym roku idę na marsz w obronie praw kobiet. Zwykle 8 marca to był dzień, którego nie obchodziłam. Do czasu. W PRL raczej unikałam świętowania dnia kobiet. Przez krótki czas, po maturze w liceum plastycznym, żeby zarobić trochę kasy na studia, pracowałam w tzw. Zjednoczeniu, w biurze projektów jako projektant plastyk. 8 marca obchodzili tam głównie mężczyźni. Byłam jedyną dziewczyną wśród dziesięciu architektów i inżynierów. To byli fajni ludzie.

Przynieśli goździki?

Przynosili różne kwiaty. Ja dostałam piękny bukiet. Rajstopy dostawały raczej kobiety w fabrykach od dyrekcji. A po złożeniu życzeń, po zakończeniu pracy zaczynało się picie alkoholu. Uważali że jestem za młoda, więc odprowadzili mnie do domu i nie musiałam w tym na szczęście uczestniczyć. Podobno było ostro, opowiadali następnego dnia. Mimo że sama nie obchodziłam 8 marca, nigdy mi to święto nie przeszkadzało. Znałam kobiety, które mówiły, że to jedyny raz w roku, kiedy dostają kwiaty. To było bardzo smutne, bo wydawało mi się, że mężowie czy partnerzy powinni okazywać uczucia i kupować kwiaty, które są wyrazem tych uczuć bez jakiejś szczególnej okazji. A okazało się, że tak nie jest. Nie uważam, że bukiet goździków depcze kobiecą godność. Raczej przeszkadzały mi te komunały wygłaszane przy tej okazji.

Lubię czuć się wolna – mówi Krystyna Kofta, baczna obserwatorka rzeczywistości i jedna z najpopularniejszych polskich pisarek. Sukcesowi Pisanemu Szminką opowiedziała, czym jest dla niej sukces i dlaczego warto walczyć o siebie.

8 marca został dniem kobiet w 1910 r. Wtedy chodziło o zwrócenie uwagi opinii publicznej na kwestię praw kobiet oraz budowanie społecznego wsparcia dla idei powszechnych praw wyborczych dla kobiet. Wygląda na to, że ponad 100 lat później, w 2017 r. właśnie do tej tradycji wracamy.

To jest ważne święto, komuna nam je trochę obrzydziła, ale teraz znowu jest czas buntu. To, co się dzieje pachnie horrorem dla kobiet. Widać, że idzie to wszystko w bardzo niepokojącym kierunku. Sądziłam, że to, co udało się wywalczyć kobietom mamy już dane i nikt nam tego nie odbierze. Te kilkanaście lat względnego spokoju nas uśpiło.

Jakie prawa są zagrożone?

Już zmieniono przepisy w sprawie pigułki „Dzień Po”. Wypowiadają się na ten temat księża, faceci, rzekomo fachowcy, nawet minister zdrowia, który jest przecież lekarzem, mówi co mu ślina na język przyniesie. Nie wyczuwam tej formacji. Poseł Suski mówi ze śmiechem, że nie wie co to za pigułka, bo jej nie bierze. To jest parlamentarzysta? Dowcipkuje na temat kobiecych tragedii. Zlikwidowano też zapis o standardach opieki okołoporodowej. Pojawiają się głosy, że trzeba wypowiedzieć konwencję antyprzemocową, która chroni ofiary przemocy domowej. Właśnie wyczytałam w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, a tego dziennika nie można posądzić o „lewactwo”, jak przerażające są dane, nawet te oficjalne – policyjne. 150 zakatowanych na śmierć kobiet, kilkadziesiąt tysięcy zgłoszeń przemocy, dołóżmy do tego dzieci, nawet bite niemowlęta. Poziom agresji przekracza wszelkie granice, a dzieje się tak dlatego, że kara przychodzi wtedy, gdy dziecko ląduje w szpitalu w stanie krytycznym. Wciąż się o tym słyszy. Są też statystyki szacunkowe z ośrodków, w których ukrywają się kobiety przed oprawcami. A pan prezydent mówi lekceważąco: „Przede wszystkim nie stosować”. Mam ochotę zapytać – czy jest pan prezydentem kobiet? Czy można opowiadać się za przyzwoleniem bicia i zabijania kobiet? Dlatego, że w konwencji jest słówko „gender”? W imię całości rodziny?

Tak właśnie argumentuje się sprzeciw wobec tej ustawy – że godzi w jedność rodziny.

Przeczytajcie, co robią ci faceci z kobietami, zanim je zabiją. Jeden wkładał głowę żony do wersaliki, a potem skakał po niej, aż przestała oddychać. Siedem lat się znęcał. No ale rodzina jest cała. Mam ochotę przekląć wszystkich, którzy do takich zbrodni dopuszczają. Taka kobieta, zanim ją zabiją, przez kilka lat jest katowana codziennie! O konwencję walczyłyśmy tyle lat, a co mamy? PiS i bezlitosnych posłów w sejmie, posła Piętę, oraz wielu przytakujących w imię bycia przy władzy. Kobiety z PiS-u też się nieźle przykładają do tej hekatomby. Nie sądzę, żeby oni wszyscy byli aż tak źli, tak głupi. Niestety władza odurza, zaczadza i to są efekty! Pamiętam marsz Pand w obronie bitych kobiet, w którym też brałam udział. Napisałam wówczas na blogu, że trzeba wyjść na ulice i pójść za te kobiety, bo one nie mają możliwości, żeby protestować. Są zastraszone i nie wyjdą na ulice, bo dostałyby za to lanie! To był happening, namalowałyśmy sobie siniaki, podbite oczy, bo PANDA to w języku policyjnym właśnie kobieta z podbitym okiem. Poszłyśmy do ministra Sikorskiego. Przyjął nas, naprawdę się przejął, obiecał, że doprowadzi do podpisania konwencji. To był wstyd na całą Europę, że tych zapisów wciąż u nas nie było. Opór był wtedy straszny, nawet w Platformie Obywatelskiej. Nie potrafiłam tego zrozumieć, to jakaś zmasowana głupota.

Nie mogłam zrozumieć, dlaczego jest większe przyzwolenie na ochronę sprawców przemocy niż ich ofiar. Dane pokazują, że w 2013 r. w wyniku przemocy domowej zginęło ponad 400 kobiet.

Nad czym się tu zastanawiać? Czy lepiej, kiedy kobieta odejdzie od swojego kata, żyje i może opiekować się dziećmi, czy lepiej, żeby w końcu ją zakatował, poszedł do więzienia, a dzieci trafiły do domu dziecka? Zdarzało się i tak, że żona nie wytrzymywała i zabijała męża w samoobronie, lądując potem w więzieniu. Albo zabijał syn broniąc matki. Wiele Polek doświadcza przemocy seksualnej. Nie ma porządnych statystyk, chce się to wszystko wpakować pod dywan. I gadają, że u nas jest mniej przemocy niż w Norwegii. To jest ogromny problem. I wreszcie tę konwencję wprowadzono, a teraz coraz częściej politycy mówią, że trzeba ją znieść. Bez wazeliny włażą gdzie trzeba, wiedzą komu trzeba. A propos, kościół miałby tu wielką i pozytywną rolę do odegrania, gdyby był kościołem przyjaznym kobietom. Znam księży, którzy to rozumieją. I zakonnice także. Pomagają jak umieją, ale hierarchia jaka jest każdy widzi.

Odmówiono środków na finansowanie Niebieskiej Linii.

Dofinansowania odmówiono Centrum Praw Kobiet, które od lat pomaga ofiarom przemocy. To są przykłady na to, jak w różny sposób próbuje się zmniejszać ochronę kobiet i naruszać ich prawa. Dlatego trzeba się buntować. Mój ojciec mówił, że demokracja nigdy nie jest dana raz na zawsze. Wiedział, co mówi, bo przeżył dwie wojny, obserwował Polskę międzywojnia, a potem PRL i tzw. demokrację socjalistyczną. Sądziłam, że skoro odzyskaliśmy prawdziwą niepodległość, nie będzie powrotu do tego, co było wcześniej, a tu okazuje się, że mój ojciec miał rację.

Jedni mówią, że wraca PRL, drudzy, że szykuje nam się demokratura.

Demokratura to dobre określenie, wymyślił je Marek Borowski. Porządny senator. Uchował się taki. Ja bym nie powiedziała, że wraca, że PRL. To, co dzieje się teraz jest znacznie gorsze, dlatego że wówczas „MY naród” byliśmy razem, przeciwko ubecji i Wielkiemu Bratu. Baliśmy się, jasne, ale nie było takiego pęknięcia jak dziś. Pracuję teraz nad książką opartą na moich dziennikach prowadzonych od lat 60. Zapisywałam w nich wszystko, kiedy i na czym byłam w teatrze, z kim się spotkałam na kolacji i o czym rozmawialiśmy, jakie były ceny towarów. Mam mnóstwo materiałów i przeglądając je widzę jak bardzo był to skomplikowany okres. Żyliśmy w nim tak, jak się dało, prowadziliśmy bogate życie intelektualne, studiowaliśmy, mnóstwo czytaliśmy – kultura była naszym oknem na świat. Z drugiej strony człowiek czuł się zniewolony, brak towarów w sklepach, nie można było wyjeżdżać, żeby dostać paszport, trzeba było być posłusznym.

Ale mówisz, że to, co dzieje się teraz jest gorsze?

Bo pod płaszczykiem demokracji i rządów prawa powoli zabiera nam się to, co wywalczyliśmy i czego już posmakowaliśmy – kolejne fragmenty wolności, zaufania do państwa, zaufania do ludzi. W jednym z ostatnich felietonów napisałam, że mamy rządy kultury stadionowej. Stadion to stadion, ma inne prawa. Polityka i parlament nie może się na tym wzorować. Zatytułowałam go „Teraz k….. Pany”. Żyjemy w rzeczywistości, w której osoby z odmienną wizją, innym zdaniem traktuje się jak kibiców wrogiej drużyny. Jednak kibice potrafią się skrzyknąć, gdy gra reprezentacja, a tu człowiek rządzący zza węgła nie popiera Polaka w UE!

Wyglądasz na wkurzoną.

Tak, dlatego napisałam o tym tak ostro. Kiedy jeden człowiek z mównicy sejmowej rzuca tak po prostu – „Tak, my jesteśmy panami”, to przecież obraża wszystkich, nie tylko opozycję, ale i ludzi swojej formacji. Jak można mówić takim językiem? Jak można tak traktować ludzi? To jest robienie polityki według zasady „dziel i rządź”. Dzielą wśród swoich. W ten sposób niszczą więzi i porozumienie między ludźmi. Wcześniej pisałam, że są jak szarańcza, bo nic nie zostaje dla innych, a teraz jeszcze wzięli się za rzeź drzew.

Jest program 500 +, który jednak poprawił życie wielu rodzin.

Tak, to prawda. Naprawili tym programem zaniedbania poprzednich rządów. Uważam, że bez względu na różnicę zdań warto chwalić to, co zostało zrobione z sensem. Partie polityczne, które są w opozycji powinny też mówić głośno i wyraźnie, że jeśli dojdą do władzy, nie zlikwidują takich programów, bo tego ludzie się obawiają. Chwalenie PiS za 500+ nie oznacza jednak, że możemy przymykać oko na to, co robią źle. Jeśli minister Szyszko jeszcze trochę podziała, to za chwilę całe pokolenie dzieci z 500+ nie będzie miało czym oddychać, bo wytną wszystkie drzewa. A niestety dziś doniesień o nadużyciach władzy i hipokryzji ludzi obozu rządzącego jest dużo – choćby cała sprawa Misiewicza. Hipokryzja jest ukłonem grzechu w stronę cnoty, ja tak tłumaczę Rochefoucauld. A za tzw. dobrą zmianą kryją się Himalaje hipokryzji.

Wcześniej też była hipokryzja i nadużywanie władzy. To przecież nie jest wynalazek PiS. Psucie państwa trwa od dawna.

PO i PSL też mają swoje za uszami. Pamiętam, jak Pawlak mówił, że przecież „mamusia też musi gdzieś pracować”. Skala była inna, mniejsza. Wierzę, że kobiety mogą wiele zmienić. Nie są takie tchórzliwe. Zwłaszcza kobiety z Nowoczesnej. Uważam, że są świetne.

Kiedy rozmawiałyśmy półtora roku temu mówiłyśmy o tym, że idzie dobry czas dla kobiet. Było już wiadomo, że premierem będzie kobieta – Ewa Kopacz lub Beata Szydło. Do gry włączyła się Barbara Nowacka. Minęło raptem 18 miesięcy i budzimy się w innej rzeczywistości, w której prawa kobiet są zagrożone.

Jedno się sprawdziło – mamy kobiety w rządzie, ale to są kobiety, które nie są solidarne z innymi kobietami. Wręcz przeciwnie, często działają przeciwko nim. To satelity mężczyzn. A z drugiej strony jedyną siłą, która naprawdę wystraszyła polityków PiS są właśnie kobiety. „Czarny protest” pokazał ich siłę i to, że mają realny wpływ na decyzje polityczne. Dlatego tak zachęcam kobiety, żeby chodziły w marszach i głośno protestowały – ten głos ma znaczenie. Cieszę się, że podczas czarnego marszu było też tak wielu mężczyzn. To ważne, żeby nas wspierali i rozumieli, że walka o prawa kobiet to także ich sprawa.

Nie wszyscy mężczyźni są tego zdania. Zobacz, co dzieje się w sprawie alimentów – milion dzieci nie dostaje alimentów. Ściąganie długów alimentacyjnych jest na poziomie 19%.

A i tak się poprawiła, bo była na poziomie 12%. PiS coś ruszył w tej sprawie, ale na razie to mało. Ciągle słyszy się o posłach i politykach, którzy sami nie płacą. W Niemczech i Wielkiej Brytanii ściągalność alimentów jest na poziomie 80 do 90%. Mężczyźni mają tu jeszcze wiele do zrobienia, bo często jest tak, że ci, którzy nie płacą uważają, że to jest w porządku, że to wina kobiety, bo chciała dzieciaka to teraz ma. Kościół też mógłby dać głos, no ale nie da, bo jest przeciwnikiem rozwodów, no chyba, że zapłacisz za rozwód kościelny.

Tych usprawiedliwień jest więcej – bo wyrok był niesprawiedliwy, bo sąd był stronniczy.

Myślę, że ważną rolę grają w tej sytuacji druga żona lub partnerka takiego mężczyzny. One także powinny dbać o to, żeby alimenty były płacone. W życiu różnie się układa i czasem te kobiety także bywają porzucane – wówczas perspektywa im się zmienia, bo same zaczynają o alimenty walczyć, ale wówczas mężczyzna jest już przyzwyczajony do tego, że niepłacenie uchodzi mu na sucho. A koniec końców tu przecież chodzi o dzieci. Politycy mają gęby pełne frazesów na temat rodziny, na temat tego, że powinno się rodzić więcej dzieci. A co to za rodzina, kiedy mąż po rozstaniu odmawia płacenia alimentów i nie chce brać odpowiedzialności za bliskich? Dziś mnóstwo ludzi się rozwodzi, także tych wierzących i konserwatywnych, a zachowują się jakby ten problem nie istniał.

Osoby publiczne, które przyłapano na tym, że kombinują, żeby ukrywać dochody i nie płacić alimentów nie zdobyły się na to, żeby powiedzieć – „Zrobiłem błąd. Trzeba płacić alimenty, bo przecież chodzi o dobro dzieci”.

A powinni to zrobić.

Przykład idzie z góry. Dziś ponad 30% Polaków uważa, że można trochę pokombinować, żeby ukryć dochody przed komornikiem i nie spłacać zaległości. Może przydałaby się męska solidarność w tym zakresie?

Kombinować, żeby nie dać dzieciom tego co im się należy? Facet może przestać kochać żonę, OK. Ale własne dzieci? Krew z krwi? To jakiś dziwny gatunek ojców. Miałam to szczęście, że w swoim życiu spotkałam wielu mężczyzn wspierających kobiety i działających na ich rzecz. Mężczyźni byli ze mną solidarni. W przyjaźni mężczyźni byli w stosunku do mnie czasem bardziej lojalni niż kobiety.

Nie masz wrażenia, że prawda nie jest dziś jakoś szczególnie ceniona?

Nie jest, ale tym bardziej powinniśmy o nią dbać. Dlatego nie lubię określenia „post prawda”. To takie wygodne określenie, które właściwie nic nie znaczy. Jest prawda i jest fałsz. Post prawda sugeruje, że mamy do czynienia z prawdą, ale taką nie wiadomo jaką właściwie. Prawdą po prawdzie? Alternatywną prawdą? To upłynnia granice tego, co jest prawdą, a co nią nie jest. Wolę trzy prawdy księdza Tischnera.

Argumenty racjonalne nie wygrają z tymi opartymi na emocjach. Z tym, że pigułka „po” to tabletka aborcyjna, z tym, że konwencja antyprzemocowa odbiera dzieciom ojca i rozbija rodziny.

Ależ my też mamy emocje! Mówiłam o tym jak katuje się kobiety, ile jest przemocy. To wkurza, a to są emocje. I na emocjach opierają się protesty, które mają bardzo racjonalne podłoże, bo chodzi o nasze życie. Łamanie prawa, i to nie tylko praw kobiet, dotyka nas wszystkich i ten, kto dziś milczy lub udaje, że nic się nie dzieje, też w końcu obudzi się, kiedy to złe prawo uderzy w niego. Nie będzie miał do kogo się odwołać, bo prawo zostanie podporządkowane jednej partii. Ludzie reagują gdy sami dostają w dupę. Ale wtedy może być już za późno. Dlatego wszyscy powinniśmy protestować, kiedy widzimy, że prawo jest naginane i nadużywane i kiedy słyszymy bezczelne kłamstwa. Jeśli ludzie się nie obudzą i nie zawalczą o demokrację, o przestrzeganie prawa, to wtedy właśnie będziemy mieli demokraturę.

Jak zachęcić kobiety, żeby częściej zabierały głos, mówiły z czym się nie zgadzają?

Nie znam recepty. Wiem, ile sama mogę zrobić, co zresztą cały czas robię. Na ile pozwala mi zdrowie, chodzę w marszach i manifestacjach. Piszę o tym, biorę udział w dyskusjach, zabieram głos, kiedy tylko mogę i mam okazję. Myślę, że kobiety z mojego pokolenia, zwłaszcza te z solidarnościowym rodowodem mają świadomość, że to ważne. Na marsze zabierają swoje koleżanki, swoje dzieci i wnuki i w ten sposób wychowują kolejne pokolenia świadomych ludzi. Dziś PiS się śmieje, że w marszach chodzą tylko stare baby w futrach. Ja bym się na ich miejscu tak nie śmiała. Swego czasu Donald Tusk zrobił ten błąd, nazywając pewną grupę kobiet pogardliwie „Moherowymi beretami”, więc one poszły tam, gdzie je szanowano – do ojca Rydzyka. Dziś coraz więcej „starych bab w futrach”, nawiasem mówiąc większość chodzi na marsze w kurtkach-puchówkach, angażuje się w obronę praw i wychodzi na ulicę. Cieszę się, że zostały zagospodarowane. Ale same wszystkiego nie zrobią. To, czego teraz potrzebujemy, to zaangażowania także młodszych kobiet.

Katarzyna Pawlikowska w wywiadzie dla Sukcesu Pisanego Szminką tłumaczyła dlaczego nie udał się eksperyment z partią kobiet – Polki są zbyt różne, żeby jedna partia była w stanie zaspokoić ich różnorodne potrzeby, nadzieje i oczekiwania.

Badania, które zrobiły z Dominiką Maison były bardzo ciekawe. Zgadzam się z tym, ale mam nieco inną wizję. Nie chcemy męskich partii, a więc także kobiecych. To oznaczałoby izolację kobiet. Siła jest we współdziałaniu kobiet i mężczyzn na rzecz naszych wspólnych praw.

Wiele kobiet nie protestuje i nie zabiera głosu, bo boi się wejść w konflikt.

Ja to rozumiem, choć sama nie boję się wchodzić w konflikt i spór. Gdyby zaprosił mnie do programu ojciec Rydzyk, zgodziłabym się iść i rozmawiać. Pod warunkiem, że program byłby na żywo. Jest coraz więcej kobiet, które chcą działać, które chcą coś zmienić. I to jest świetne. Ale nie podchodźmy zbyt krytycznie do kobiet, które wolą pozostać w cieniu, bo się boją. Kobieta, która utrzymuje rodzinę, jest sama z dziećmi ma prawo się bać. Boi się, że straci pracę. Zobacz przykład tych nauczycielek, które miały komisję z powodu poparcia dla czarnego protestu. Powinnyśmy się wspierać, a nie siebie atakować. Trzeba się organizować, działać społecznie, ale też prywatnie, kiedy widzimy, że inna kobieta ma kłopoty. Pomagajmy sobie. To jest bardzo ważne. Kobiety będą odważniejsze, kiedy poczują, że są bezpieczne. Kiedy nie będą się bały, że za wyrażenie swojego zdania zostaną wyrzucone z pracy. Kiedy przekonają się, że pracodawca, który nadużywa prawa i dyskryminuje jest za to karany. Nie można milczeć, jeśli ma się możliwość coś zrobić. Niech każda z nas robi tyle, ile może – dla siebie, ale i z myślą o tych, które nie mają możliwości i odwagi.

Kobiety nie zabierają też głosu, bo boją się gróźb, agresji, hejtu. Dlaczego kobieta, która mówi głośno z czym się nie zgadza budzi agresję?

Bo zagraża głupocie. W naszej przestrzeni publicznej jest coraz więcej głupoty. Głupota jest agresywna. Z tym trzeba walczyć. Amerykańskie badania pokazały, że kobieta, która została zaatakowana przez męża i oddała mu, przerywała przemoc. Bicie się nie powtórzyło. Została nazwana suką. Oczywiście ryzykowała, bo mógł ja zabić. Jednak to było w Ameryce, gdzie prawo działa. W swojej powieści odczarowuję słowo „suka”. Czasem trzeba być suką i umieć ugryźć.

Co mogą zrobić dziś kobiety?

Protestować, krzyczeć, domagać się swoich praw. Głośno wyrażać swoje zdanie i nie pozwalać sobą pomiatać. Możemy też budować nową solidarność. Między sobą i między mężczyznami. Obserwuję, że solidarność kobiet rozkwita, gdy się o niej mówi, buduje się ją. Dla mnie lojalność jest bardzo ważna. Dostało mi się nawet kiedyś, bo powiedziałam, że nielojalność jest gorsza niż zdrada cielesna, że miałabym większa pretensję do męża, gdyby innej kobiecie zdradził moje tajemnice, źle o mnie mówił. Od kobiet też bym oczekiwała lojalności i solidarności. Nawet z tymi kobietami, z którymi się nie zgadzamy, które mają inny punkt widzenia. Nie musimy się wszystkie kochać, ale bądźmy wobec siebie lojalne.

Są wartości, na których możemy budować taką społeczną solidarność kobiet i mężczyzn?

Kobiety są dobre w nawiązywaniu relacji i mogą takie działania podejmować. To fundament do budowania solidarności, między kobietami i solidarności między kobietami a mężczyznami. Tak było w stanie wojennym. Kobiety wyręczały mężczyzn, którzy się ukrywali, albo siedzieli w wiezieniu. Potem one niestety zniknęły, mężczyźni wzięli władzę. Czas wreszcie zobaczyć, że wiele nas łączy, że możemy razem budować – dobre państwo, świadomość przestrzegania prawa, walczyć o edukację, bo to, że mamy teraz rządy jakie mamy, wynika również z braku wyedukowania. Mało wiemy o prawie i o naszych prawach. Dzięki PiS-owi niektórzy dowiedzieli się dopiero, czym jest Trybunał Konstytucyjny, i że w ogóle istnieje. Wiem, że kobiety potrafią być solidarne ponad podziałami. Doświadczyłam tego, kiedy zachorowałam. Nie badałam się, wiedziałam, że inne też się nie badają. Gdy okazało się, że mam raka piersi, bardzo zaawansowanego, napisałam kilka felietonów na ten temat do Twojego STYLU. Dostałam ogromne wsparcie, jakiego się nie spodziewałam. Dlatego mówiłam o tym publicznie i mówię do tej pory, nawołuję do badań. I nie miało i nie ma znaczenia, jakie mamy poglądy polityczne – byłyśmy razem. Pomagałyśmy sobie niesamowicie. Potem spotykałyśmy się na marszach różowej wstążki. Ciągle spotykam w różnych miejscach kobiety, które są przed lub po operacji, chemioterapii. Rozmawiamy o tym, zwierzają mi się, jesteśmy jak dobre znajome. To jest jakaś wskazówka – kiedy nasze zdrowie i życie będzie zagrożone, to będziemy razem. Ale dlaczego potrafimy zakopać topór wojenny dopiero w takim momencie? Lepiej skupić się na tym, co nas łączy, a topora, w razie czego, użyć przeciwko zagrażającemu nam wszystkim niebezpieczeństwu.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!