Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Wolność nie jest dana raz na zawsze

Wolność nie jest dana raz na zawsze

Małgorzata Niezabitowska
Małgorzata Niezabitowska

Gdy wybuchł stan wojenny, zaczęła prowadzić konspiracyjny dziennik, który wraz ze zdjęciami przekazywała na Zachód. Władza najbardziej bała się prawdy – tłumaczy Małgorzata Niezabitowska.

Centrum Warszawy, Aleje Jerozolimskie, żołnierze z bronią przewieszoną przez ramię zatrzymują do kontroli samochód. Obraz na zdjęciu jest trochę przekrzywiony. Coś zasłania lewy górny róg. To rękawiczka. Aparat, którym zrobiono zdjęcie jest w niej ukryty. Fotografować można przez niewielką dziurę, wyciętą w rękawiczce. Jest styczeń 1982 r. Miesiąc wcześniej, 13 grudnia 1981 r. wprowadzono stan wojenny. Negatywy wraz z mikrofilmami, na których znajdował się konspiracyjny dziennik opisujący sytuację w Polsce, dzięki pomocy francuskiego dyplomaty Oliviera de La Baume, trafią na Zachód. Będą jednym z niewielu źródeł wiedzy o tym, jak wygląda rzeczywistość w kraju ogarniętym stanem wojennym i pokazującym zakłamanie PRL-owskiej propagandy. Autorką dziennika, o czym nikt wówczas nie wiedział, była opozycyjna dziennikarka Małgorzata Niezabitowska. Zdjęcia przez rękawiczkę robili wspólnie z mężem, Tomaszem Tomaszewskim. Materiały przekazywali w wiatrołapie kawiarni na Wiejskiej. Brzmi jak scenariusz powieści szpiegowskiej? – Czułam się trochę jak James Bond – wspomina Niezabitowska. Ale od razu przypomina, że w razie, gdyby została złapana groziło jej 10 lat więzienia za szpiegostwo.

 

Żołnierze zatrzymują do kontroli samochód w Alejach Jerozolimskich. Zdjęcie zrobione przez dziurkę w rękawiczce, której fragment widoczny jest w kadrze. Styczeń 1982

Dziś dziennik konspiracyjny, w którym występowała jako mężczyzna i drugi – prywatny, pisany równolegle, można znaleźć w książce „W twoim kraju wojna!” (wyd. Karta). To pierwsza okazja, by się z nimi zapoznać. Na ponad 300 stronach Małgorzata Niezabitowska zawarła swoje wspomnienia z czasów stanu wojennego, opisała brawurowe akcje przekazywania materiałów, przemycania aparatów fotograficznych do ośrodków internowania, kulisy wykonania potajemnych zdjęć Lechowi Wałęsie „zza krat”, które potem obiegły świat, ale i grozę pierwszych dni, kiedy nikt nie wiedział, co będzie dalej.

Całość uzupełniają zdjęcia, tworzące bogaty zapis ówczesnej rzeczywistości – są tu zdjęcia prywatne, z tajnej drukarni, wreszcie z ulic, na którym stałym elementem stały się posterunki, koksowniki i żołnierze pod bronią. „W twoim kraju wojna!” czyta się jak thriller szpiegowski, ale emocje daje znacznie większe niż najlepsza fikcja, bo wszystko, co jest w niej opisane wydarzyło się naprawdę.

O obsesji pisania prawdy, mądrym patriotyzmie, skromnych kobietach „Solidarności”, obywatelskich obowiązkach, grozie stanu wojennego, wyzwaniach związanych z budowaniem demokracji i wartościach, które pomagają w chwilach próby Małgorzata Niezabitowska opowiada Dagny Kurdwanowskiej.

Rozmawiamy w wyjątkowym dniu. Dokładnie 98 lat temu, 28 listopada Józef Piłsudski podpisał dekret, który przyznał prawa wyborcze kobietom.

To piękna i ważna data. Piłsudski miał zresztą dobry stosunek do kobiet. W jego organizacji kobiety walczyły razem z mężczyznami, jego druga żona działała razem z nim. Byłyśmy w awangardzie. Do niedawna jeszcze w Szwajcarii kobiety nie miały praw wyborczych. Przyznano je tam w 1971 roku, a w jednym z kantonów dopiero w 1990. Polska bardzo pozytywnie wyróżniała się pod tym względem.

A gdzie, jako kobiety, jesteśmy prawie sto lat po tym wydarzeniu?

Myślę, że ciągle nie jest nam łatwo. Kobieta nadal musi znacznie więcej robić i więcej udowadniać niż mężczyzna, jeśli chce dojść w to samo miejsce. A i tak nie zawsze jej się to udaje. Ostatnio rozmawiałam z przedstawicielkami Stowarzyszenia Kobiet Lasu, które zrzesza leśniczki. Spotykają się raz do roku i właśnie na takie spotkanie mnie zaprosiły. Zaczęły opowiadać o szklanym suficie w leśnictwie, który bardzo je ogranicza. W Polsce jest 431 nadleśniczych, a tylko 7 to kobiety. Opowiadały mi o dyskryminacji, z jaką się stykają. W przypadku części z nich szefowie usiłowali przeszkodzić im w wyjeździe na ten zjazd, dając im więcej pracy niż zwykle. Musiały pracować do późna w nocy, żeby ją skończyć i móc wyjechać. Daję ten przykład, bo spotkałam się z nimi niedawno, ale w wielu miejscach jest podobnie. Kobiety są nadal dyskryminowane i niedoceniane.

Różne badania pokazują, że w tym tempie zaczniemy zarabiać tyle samo, co mężczyźni i być równo traktowane za kolejne 100 lat.

To konsekwencja niewystarczającej reprezentacji kobiet na ważnych stanowiskach. Spójrzmy na politykę: albo całkowicie męskie gremium albo męskie i nieliczne kobiety. Tak być nie powinno. Przy Okrągłym Stole były tylko dwie kobiety: Grażyna Staniszewska po stronie „Solidarności”, a po drugiej stronie Anna Przecławska. Mężczyzn było 56. W „Solidarności”, we władzach krajowych nie było ani jednej kobiety.

Z czego to wynikało? Przecież kobiety działały, ryzykując tyle samo, co mężczyźni. Czasem nawet więcej, bo wiele z nich miało małe dzieci.

W „Solidarności” wiele kobiet pełniło ważne role, lecz nie sprawowało ważnych funkcji. To istotne rozróżnienie. Wynikało to z wielu przyczyn, zarówno psychologicznych jak i społecznych, finansowych, podziału ról w rodzinie, ale też nastawienia samych kobiet. Wyjaśnię to pani na przykładzie. Tę historię opowiedziała mi profesor historii, Bożena Szaynok z Uniwersytetu Wrocławskiego. Niedawno przygotowywała hasła do “Encyklopedii Solidarności”. Celem było upamiętnienie tych osób, które nie działały na pierwszej linii i do tej pory nie były w żaden sposób uhonorowane, choć ich praca, zaangażowanie i wkład też były bardzo ważne. Pani profesor robiła w związku z tym kwerendy i wyszukiwała takie osoby, które działały w „Solidarności” na terenie dolnośląskim. I co się okazało – kiedy mężczyzna chociaż jeden raz ulotki przeniósł, to już był pierwszy do tej nominacji. Kiedy zgłaszano się do kobiet, które naprawdę dużo robiły i ryzykowały, na przykład miały w domu tajną drukarnię, to one mówiły: „Nie, ja nie zasłużyłam”.

Deprecjonowały własne osiągnięcia.

Dokładnie.

To się ciągnie do dzisiaj. Ostatnio rozmawiałam z Katarzyną Pawlikowską, która robiła bardzo ważne badania na temat Polek. Opowiedziała mi w tej rozmowie o pewnych eksperymencie. Mówiła kobietom: „Spełniasz 8 na 10 kryteriów na wymarzone stanowisko pracy. Czy aplikujesz?”. I większość kobiet mówiła, że nie, bo przecież spełnia tylko 8 na 10 kryteriów. Mężczyźni byli gotowi aplikować, spełniając zaledwie 3 kryteria.

Mamy tutaj idealne wytłumaczenie tego zjawiska. Kobiety są czasami zbyt skromne, nie chcą uznawać swoich zasług. Mężczyźni przeciwnie. Dlatego jest nam często trudniej się przebić. Nie chcę powiedzieć, że to nasza wina. Raczej pewne ograniczenie, z którym zmagamy się od pokoleń.

Kiedy przyszedł do Pani Tadeusz Mazowiecki i zaproponował rolę rzeczniczki nowego, demokratycznego rządu, miała Pani wątpliwości?

Kiedy Tadeusz Mazowiecki zaprosił mnie do Urzędu Rady Ministrów i wysłuchałam jego propozycji, moim pierwszym, spontanicznym pytaniem było: „Panie Tadeuszu, dlaczego ja?”. Na co Mazowiecki odpowiedział: „Pani Małgosiu, a dlaczego ja?”. I na tym dyskusja się skończyła. Z panem Tadeuszem znaliśmy się dość długo. Pracowaliśmy razem już w 1981 roku w pierwszym „Tygodniku Solidarność”, a potem w odrodzonym “Tygodniku” w roku 1989. Darzył mnie sympatią i szacunkiem, wierzył we mnie, więc uznałam, że trzeba zaryzykować. Wtedy wszyscy działaliśmy trochę po omacku. Nikt przecież nie miał doświadczenia w pracy w demokratycznym rządzie. Uczyliśmy się w biegu.

Przyjęcie propozycji Tadeusza Mazowieckiego traktowała Pani jako zaszczyt czy raczej swój obowiązek?

Traktowałam to jako swój obowiązek, wielki honor reprezentowania polskiego rządu, a jednocześnie ogromne wyzwanie. Trzeba powiedzieć, że wtedy rzecznik miał zupełnie inną rolę niż teraz. Wtedy, w co trudno dziś uwierzyć, politycy nie chcieli chodzić do mediów. W PRL-u nie było takiej tradycji, a po 1989 roku było tak dużo pracy, że politycy byli za bardzo zajęci. W tej sytuacji to rzecznik, który reprezentował rząd, wychodził za wszystkich, przekazując informacje. Namawiałam zresztą Mazowieckiego, żeby udzielał wywiadów, a zwłaszcza, żeby dość regularnie kontaktował się ze społeczeństwem, tak jak w latach trzydziestych Roosevelt. Amerykański prezydent miał swoje sławne “Pogadanki przy kominku”, podczas których tłumaczył zmiany, przez jakie przechodził kraj. Chciałam, aby to samo, tyle że używając telewizji a nie radia, robił premier. To był przecież czas przełomu, wielu ludzi było zagubionych, nie rozumieli tego, co się działo. Ale Tadeusz Mazowiecki konsekwentnie odmawiał. Żałowałam, lecz rozumiałam to. Moją funkcją było reprezentowanie rządu na zewnątrz, a jego nadzorowanie pracy rządu i ponoszenie odpowiedzialności za wielkie reformy, które przeprowadzał.

Tworzyliście historię.

To była pokojowa rewolucja na wszystkich polach, a w przechodzeniu od gospodarki centralnie planowanej do wolnorynkowej byliśmy pionierami w skali świata.

Tomasz Tomaszewski przygotowuje kamuflaż na aparat fotograficzny, przeznaczony do robienia konspiracyjnej dokumentacji na ulicach „wojennej” Warszawy. Grudzień 1981

Powiedziała Pani – uczyliśmy się w biegu. Pani także?

Dokładnie ujmując w sprincie, bo tempo było zawrotne. Wszyscy musieliśmy się uczyć w ten sposób. Z tą różnicą, że ja robiłam to na oczach ludzi. Wcześniej byłam dziennikarką, co niewątpliwie mi się przydało. Ale w nowej roli nie miałam żadnego merytorycznego wsparcia. Nie było żadnej szkoły, w której mogłabym się czegoś dowiedzieć. Marketing polityczny w ogóle w Polsce nie istniał, nawet nie znaliśmy tego słowa, tak samo jak public relations. Wiele rzeczy robiło się spontanicznie i intuicyjnie.

Zaufanie między rzecznikiem a premierem musiało być duże.

Premier dał mi całkowitą wolność, co z jednej strony było bardzo dobre i motywujące, ale z drugiej bardzo zobowiązujące. Kiedy, a zdarzyło się to dwa razy, chciałam z nim skonsultować moją wypowiedź, oświadczył, że sama zrobię to lepiej. A trudnych, skomplikowanych spraw było mnóstwo. Cóż, musiałam sobie radzić. Generalnie moją żelazną zasadą było, że trzeba mówić prawdę, nawet tę trudną i gorzką, co czasami wzbudzało opór.

Musiała Pani przekazywać informacje z bardzo różnych dziedzin – tu finanse, tam sprawy społeczne, rolnictwo, przemysł.

Rzecznik musi być doskonale poinformowany – to podstawa. Oczywiście jedna osoba nie była w stanie przerobić ogromu informacji. Miałam Biuro Prasowe Rządu, gdzie przygotowywano mi codziennie prasówkę, opracowywano też najważniejsze tematy. Były też materiały przeznaczone wyłącznie dla mnie – na przykład szyfrówki. Bardzo dużo czytałam i rozmawiałam z kolegami z rządu, a przede wszystkim z premierem, aby wyrobić sobie jasny pogląd, który następnie przedstawiałam publicznie – w bieżących komentarzach, wywiadach, a zwłaszcza na cotygodniowej konferencji prasowej. Na początku bardzo się stresowałam, później już nabrałam wprawy i było mi łatwiej.

Na Pani stronie jest zdjęcie – siedzi Pani przy biurku, które zasłane jest stosem papierów. Pierwsza myśl, która przychodzi do głowy – „Jak oni dawali radę bez komputerów?”.

No właśnie. Nie było komputerów, nie było telefonów komórkowych, Internetu. Wszystko trzeba było napisać na maszynie, co bywało czasochłonne, bo kiedy popełniło się błąd, trzeba było przepisywać na nowo całą stronę. W moim biurze pojawiły się proste komputery, których używaliśmy jako maszyn do pisania, co było wtedy niesłychanym ułatwieniem. Nie jestem entuzjastyczną zwolenniczką Internetu, dużo tam hejtu, ale są i plusy, bo to fantastyczne narzędzie komunikacji. Myśmy tego nie mieli. Mieliśmy teleksy, telefony stacjonarne, wiele spraw załatwiało się osobiście. Dlatego moje konferencje prasowe były tak istotne.

Nie było Internetu, ale hejt Pani nie ominął. Pamiętam, a miałam wtedy 11 lat, różne złośliwe komentarze na Pani temat, zwłaszcza na temat fryzury. Nie dość, że rzecznikiem została kobieta, to jeszcze piękna, zgrabna blondynka. Przełamywała Pani sporo stereotypów.

Trochę mnie denerwowało, a trochę bawiło, że pół Polski dyskutuje na temat moich włosów. Zawsze nosiłam włosy rozpuszczone, więc stwierdziłam, że nie będę zmieniać swojego wyglądu dlatego, że zostałam rzeczniczką. Co innego ubiór. Skończył się dotychczasowy luz, funkcja wymagała spokojnej eleganci, toteż dżinsy i podkoszulki zastąpiły kostiumy i sukienki. Irytowało mnie, że po moich wystąpieniach w telewizji często słyszałam: „Pięknie wyglądałaś”, a nie „Dobrze mówiłaś”. Do dziś zresztą tak się zdarza. Miło jest usłyszeć, że się ładnie wygląda, ale proporcja powinna być odwrotna. Czy po wystąpieniu mężczyzny, ktoś mówi – Ale dziś byłeś przystojny. A ten garnitur świetnie na tobie leżał. W przypadku kobiet ich wygląd często stanowi o tym, jak zostaną ocenione. Nie ich przygotowanie, merytoryka, tylko fryzura i krój spódnicy. To niesprawiedliwe i seksistowskie, niemniej tak właśnie jest.

Jakim szefem był Tadeusz Mazowiecki?

Był szefem, który – jak wspomniałam wyżej – dawał wolność. Są osoby, które tego nie lubią. Ja akurat lubię być samodzielna. Lubię podejmować decyzje, choć łączy się to z ogromną odpowiedzialnością, a co za tym idzie, także z większym obciążeniem. Minusem pana Tadeusza Mazowieckiego, do czego sam doszedł, było to, że właściwie nigdy nie mówił „dziękuję. Z jednej strony nie oczekiwaliśmy, że będzie nad nami stał i okazywał wdzięczność, ale z drugiej, kiedy się ciężko pracuje i coś wychodzi, człowiek by chciał, żeby go szef pochwalił. On tego nie robił. I dopiero na spotkaniu z okazji 20-lecia zaprzysiężenia naszego rządu powiedział: „Ja wam teraz bardzo dziękuję. Wcześniej tego nie robiłem i uważam, że to był błąd”. Poza tym był człowiekiem wielkiej klasy, którego członkowie rządu niezwykle szanowali i podziwiali. Później mówiono o nim żółw, po maskotce z kabaretu „Polskie Zoo”. On rzeczywiście długo się zastanawiał, lecz nie był to człowiek, który nie podejmował decyzji. Wręcz przeciwnie, podejmował decyzje bardzo ryzykowne, bardzo trudne, dlatego starał się je dobrze rozważyć. Miał silny kręgosłup moralny. Był człowiekiem głęboko wierzącym, ale się z tym nie afiszował i nie narzucał tego innym. Pokazywał, czym jest światła postawa katolickiego intelektualisty, który ma jasny system wartości i kieruje się nim.

Okładka francuskiego tygodnika „La Vie”, anonsująca publikowany w tym numerze “Dziennik buntownika z Warszawy – przemycony z „wojennej” Polski anonimowy tekst, którego autorką była Małgorzata Niezabitowska. Luty 1982

Kilka dni temu była inna ważna rocznica – pierwszej tury wyborów prezydenckich w 1990 r. Wtedy Tadeusza Mazowieckiego pokonał niespodziewanie Stanisław Tymiński i razem z Lechem Wałęsą wszedł do drugiej tury. To było duże rozczarowanie?

To był najbardziej bolesny moment. Kiedy wieczorem zaczęły pojawiać się wyniki, stałam obok pana Tadeusza w komitecie wyborczym. Pierwszy był Lech Wałęsa, co było zrozumiałe i niezbyt zaskakujące. Sądziliśmy, że drugi będzie Mazowiecki, a okazało się, że wyprzedził go Tymiński. To był absolutny szok. Tymiński to był przecież człowiek znikąd, podejrzany typ, wcześniej w ogóle nieznany, nie mający żadnych zasług. Muszę powiedzieć, że pan Tadeusz nie chciał startować. Namawiano go miesiącami, w końcu uległ tym namowom. Kampania nie była najlepsza, a i on nie miał w sobie ognia i woli walki, bo jako urzędującego premiera zajmowały go przede wszystkim sprawy kraju. Za to pozostali kandydaci mieli ułatwione zadanie, bo swoje kampanie zbudowali na krytyce naszego rządu. Bardzo niesprawiedliwej zresztą. Do tego doszły różne osobiste ataki na pana Tadeusza, obrzydliwe insynuacje, kalumnie… Mimo wszystko przegrana z Tymińskim to było ogromne zaskoczenie i cios.

W pewnym sensie przegrał z postacią medialną, którą sam Mazowiecki nie chciał być. Tymiński uzyskał taki wynik, bo świetnie wyczuł media.

Zgadza się. Wszędzie chodził z tą tajemniczą teczką i opowiadał o niej, rozbudzając ciekawość.

Zastanawiałam się jak te wybory wyglądałyby w epoce internetu – ile memów powstałoby na temat tego, co może w tej teczce być. Mam też raczej ponurą refleksję, że dziś Tymiński też mógłby być mocnym kandydatem – dzięki swojej medialności, dzięki temu, że nie chodzimy na wybory, oddajemy demokrację walkowerem.

To prawda i to jest bardzo przykre.

To wielkie zaniedbanie ostatnich trzech dekad. Co robić, żeby ludzie chcieli budować społeczeństwo obywatelskie?

Kluczowa jest rola edukacji. Niestety w naszych szkołach – i to jest wielkie zaniechanie tego ćwierćwiecza – nie prowadzi się edukacji obywatelskiej, nie uczy się odpowiedzialności za kraj, patriotyzmu otwartego na różnorodność. Nie uczy się o “Solidarności”, fundamencie naszej wolności. Jeśli młody człowiek jest uzbrojony w aparat krytyczny, łatwiej mu zrozumieć, czym jest polityka, czym powinno być zaangażowanie obywatelskie. Dziś polityka wielu młodych ludzi odrzuca, bo jest agresywna. Szkoła z kolei nie daje im bazy, dzięki której mogliby budować społeczeństwo obywatelskie. W domach też przeważnie tego się nie uczy. I takie są skutki. Ludzie przestają być odporni na demagogię, na populizm.

Pani swoje obywatelskie podejście wyniosła z domu?

Z domu wyniosłam wielki kapitał. Po śmierci mamy wychowywał mnie ojciec, a przede wszystkim dziadkowie. Wychowywali mnie w duchu patriotyzmu, ale przez rodzinną historię. Moi przodkowie walczyli w kolejnych powstaniach, w Legionach, w wojnie polsko-bolszewickiej, kampanii wrześniowej 1939 roku i w AK. Wyniosłam z domu postawę, w której odpowiedzialność za kraj jest podstawową wartością.

Pamięć buduje tożsamość?

Pamięć, historia. I nie chodzi tu o jakąś martyrologię, lecz o uczciwe przedstawianie faktów. Pokazywanie młodym ludziom, czym są dobre i złe wzorce.

Małgorzata Niezabitowska przy pisaniu dzienników, tuż przed Sylwestrem 1981.

Dzięki temu nie miała Pani wątpliwości, że trzeba być w opozycji? O co Pani wtedy walczyła?

Byłam dziennikarką, więc zawsze miałam obsesję pisania prawdy. Na początku, dość naiwnie myślałam, że będę mogła to robić oficjalnie, jednak bardzo szybko przekonałam się, że to niemożliwe. Chciałam być reporterem i pokazywać rzeczywistość. Cenzura zewnętrza i wewnątrz redakcji dławiła takie próby, a ja ani nie chciałam ani nie potrafiłam przemycać coś między wierszami, puszczając oko do czytelników. Zrezygnowałam więc i zajęłam się pisaniem scenariuszy i tekstów piosenek. Wtedy wybuchła “Solidarność”, masowy ruch wolnościowy, do którego w ciągu niespełna miesiąca zapisało się prawie dziesięć milionów ludzi. I o jej początkach – strajkach w sierpniu 1980 roku oraz walce o rejestrację Związku – napisałam sztukę teatralną, też zresztą zdjętą przez cenzurę. Wtedy, wczesną wiosną 1981 roku zaczął wychodzić “Tygodnik Solidarność”, jedyne oficjalne pismo Komisji Krajowej Związku. Tam czułam się po raz pierwszy, jeśli chodzi o pracę, na swoim miejscu. Choć i tam nie obyło się bez pewnych napięć, bo moje reportaże pokazywały “Solidarność” w sposób prawdziwy, a więc nie tylko z jej sukcesami, ale i problemami.
Na tym tle miałam dyskusje z moim szefem, który nie tyle mnie cenzurował, co mówił, że po każdym moim tekście na Komisji Krajowej jest awantura. Główny zarzut brzmiał, że jak to, w naszym “Tygodniku” krytykuje się Związek?! Pan Tadeusz z kolei wyznawał teorię oblężonej twierdzy czyli, że jak nas atakują z zewnątrz, to my sami zwieramy szyki. Ja natomiast uważałam, że propagandowe, kłamliwe ataki z zewnątrz trzeba bezwzględnie odpierać, natomiast naszą, dziennikarzy “Solidarności”, bardzo istotną rolą jest opisywać błędy Związku, abyśmy się na nich uczyli i mogli naprawić, co należy. W końcu awantury o to były takie, że zaczęłam wybierać inne tematy. Wtedy powstał między innymi mój, sądzę, najważniejszy reportaż “Sztandar i drzwi”, pierwszy materiał jaki w ogóle ukazał się o masakrze robotników na Wybrzeżu w 1970 roku. A zakończenie naszych ówczesnych sporów nastąpiło, gdy w 1985 roku przyszłam do pana Tadeusza z prośbą o napisanie mi listów polecających na Harvard i Stanford. Poprosił, żebym się zgłosiła za dwa dni i wtedy, wręczając mi bardzo pozytywną rekomendację, powiedział: „Chcę panią przeprosić – w 1981 roku w sprawie pisania o “Solidarności”, to pani miała rację, a ja się myliłem”.

Wcześniej był stan wojenny i nie przestała Pani pisać. Zaczęła prowadzić Pani dziennik, który teraz możemy przeczytać w książce „W twoim kraju wojna!”.

Od pierwszego dnia stanu wojennego uważałam za swój podstawowy obowiązek opisywanie tego, co się dzieje w kraju. Tomek, mój mąż, był w Niemczech, nie wiadomo było, kiedy uda mu się wrócić. Pierwszej nocy z 13 na 14 grudnia nocowałam u znajomych, ale z domu wzięłam kartki i już zaczęłam notować. Potem też fotografowałam, najpierw sama, a kiedy pierwszym pociągiem z Berlina przyjechał Tomek, razem z nim. Wiedzieliśmy, że reżimowym kłamstwom trzeba przeciwstawiać prawdę, bo prawdy totalitarna władza bała się najmocniej i starała się ją wszelkimi sposobami blokować. Naszym celem było, aby tę prawdę przedstawić światu, jak, na początku nie mieliśmy pojęcia, ale wkrótce, tuż po Bożym Narodzeniu, przyjechał do nas zaprzyjaźniony francuski dyplomata Olivier de La Baume i zgodził się przesyłać w poczcie dyplomatycznej nasze materiały – negatywy oraz mikrofilmy z moim dziennikiem. Od tego momentu bowiem zaczęłam pisać dziennik konspiracyjny, przeznaczony do natychmiastowej publikacji na Zachodzie. Występowałam tam jako mężczyzna, kamuflowałam też inne osoby. Chodziło o to, żeby nikomu nie zaszkodzić i nie wydać autora. Z Tomkiem fotografowaliśmy Warszawę małym aparatem schowanym w rękawiczce z dziurą wyciętą na obiektyw. Za robienie zdjęć groziło pięć lat więzienia. Przekazywałam regularnie materiały Olivierowi w wiatrołapie kawiarni na Wiejskiej. Wszystko było obliczone co do sekundy, bo tuż za nim wchodzili eskortujący go esbecy.

Jak w thrillerze szpiegowskim.

Czułam się trochę jak James Bond, zwłaszcza, że w razie złapania kwalifikacja byłaby rzeczywiście jednoznaczna – szpiegostwo i w tym wypadku najniższa kara wynosiła 10 lat więzienia. To przekazywanie tekstów, przemycanie aparatów fotograficznych do ośrodków internowania, zdjęcia, które udawało się zrobić uwięzionym opozycjonistom, zwłaszcza Lechowi Wałęsie – to było ogromne ryzyko, ale i niesamowita satysfakcja, kiedy później te materiały były publikowane w wielu krajach.

Internowany Lech Wałęsa. Fotografia wykonana przez Stanisława Wałęsę we wspólnej akcji z Małgorzatą Niezabitowską i Tomaszem Tomaszewskim. Marzec 1982

A władze wściekały się, bo nie wiadomo było, jakim cudem udało się je zrobić i przemycić na Zachód.

My to robiliśmy pod nosem bezpieki. Ich szlag trafiał, bo to wszystko wracało do Polski przez Wolną Europę, Głos Ameryki, BBC. Wtedy cała Polska słuchała tych, strasznie zresztą zagłuszanych radiostacji.

Pani dziennik uświadamia także grozę tamtych dni. Opisuje Pani scenę, w której przez miasto jedzie transporter z aresztowanymi ludźmi, którzy przez małe okienka krzyczą – „Jadą nas zamordować”. Dziś trochę zapominamy, że wtedy nikt nie wiedział, co będzie. Nie było wiadomo, czy naprawdę tych ludzi nie wywożą, żeby gdzieś rozstrzelać.

W pierwszych dniach nie było wiadomo, co spotka internowanych i aresztowanych czy ich nie wywiozą do Związku Sowieckiego, a tam po nich ślad przepadnie, jak już nieraz zdarzało się w naszej historii. Czuliśmy grozę, gorycz, nienawiść do tych, którzy wyprowadzili wojsko przeciwko własnemu narodowi.

Posterunek w centrum Warszawy, jeden z wielu zaopatrzonych w koksownik, aby milicjanci i żołnierze kontrolujący ulice mogli się ogrzać i zjeść posiłek. Zdjęcie zrobione przez dziurkę w rękawiczce. Grudzień 1981

Było też wyraźne potępienie tych, którzy stan wojenny poparli. Opisuje pani m.in. wyklaskanie w teatrze aktora, Janusza Kłosińskiego. W telewizji podziękował władzy za wprowadzenie stanu wojennego i przywrócenie porządku.

Solidarność – taka międzyludzka – była ogromna. Ludzie kultury bojkotowali występy w telewizji. Aktorzy odmawiali grania. Zaledwie kilka osób się wyłamało, a ci, którzy się wyłamali, byli karani. Kłosiński był jednym z nich. Publiczność umówiła się, że podczas spektaklu w teatrze, kiedy pojawi się na scenie i zacznie wygłaszać swoje kwestie, zostanie zagłuszony burzą oklasków. I tak się stało. Przerażony Kłosiński uciekał z teatru. Na recepcji czekała na niego jeszcze niespodzianka – bukiet kwiatów i koniak. Ucieszył się, że ma jednak zwolenników czy wielbicieli. Nie wiedział, że w butelce zamiast koniaku były siki. Ostracyzm towarzyski i społeczny był powszechny i dla kolaborantów bardzo dolegliwy.

Bała się Pani aresztowania?

Bałam się bicia. W prywatnym dzienniku dałam temu wyraz. Przecież jeśli złapią, to będzie śledztwo. I może będą bić. A ja nie wiem, czy bicie wytrzymam. Chcę wytrzymać. Powtarzam sobie, jeśli to się zdarzy, musisz wytrzymać. Ale przecież nie mogę być pewna, jak zareaguję, kiedy zaczną mnie tłuc. Dlatego tak uważałam w obu dziennikach, żeby nie tylko nikomu nie zaszkodzić, ale nawet nie dać poznać, że mam taką wiedzę, którą w razie wpadki mogliby ze mnie próbować wydobyć. Natomiast podczas akcji nie było lęku, działała adrenalina. A generalnie staraliśmy się działać zachowując bezwzględnie reguły konspiracji. Tu bardzo pomógł nam mój ojciec, porucznik AK, który nas przeszkolił.

Gdyby ktoś powiedział Pani wtedy, że za kilka lat będzie w Polsce demokracja, uwierzyłaby Pani?

Ani ja ani nikt by nie uwierzył. W 1987 roku, po ponad rocznym pobycie w USA, gdzie otrzymałam stypendium na Harvardzie, wróciliśmy do kraju pogrążonego w marazmie i smutku. Ożywienie nastąpiło dopiero w 1988 roku, chociaż jeszcze wtedy nikt nie spodziewał się przełomu. Nawet przy Okrągłym Stole nikt się nie spodziewał, że wszystko pójdzie tak daleko. Do końca nie było wiadomo, jak zareagują sowieci i jak daleko można się posunąć.

To był cud, że udało się bezkrwawo przeprowadzić rewolucję?

Kiedy się o tym wszystkim myśli, to naprawdę fantastyczne, że przejście od totalitaryzmu do demokracji odbyło się zupełnie bezkrwawo. Nałożyło się na to wiele przyczyn. Po pierwsze “Solidarność”. Po drugie, Gorbaczow i Pierestrojka. A po trzecie, kryzys ekonomiczny. Gdyby gospodarka znajdowała się w nieco lepszym stanie, komuniści nie byliby skłonni do zmian. Ale cały system gospodarczy rozpadał się, więc zdecydowali się podzielić władzą. I tak udało się wywalczyć demokrację, którą powinniśmy cenić i o którą powinniśmy dbać.

Z tym dbaniem jest różnie. Mija 98 lat od przyznania kobietom praw wyborczych, 27 lat od wprowadzenia demokracji, a Polacy nie chodzą na wybory. To tak jakbyśmy samodzielnie się tych praw pozbawiali.

I znów wracamy do wychowania obywatelskiego. Polacy nie wierzą sobie nawzajem, nie ufają swojemu państwu i jego przedstawicielom, dlatego nie są aktywni. Żałuję, że na początku transformacji nie wprowadziliśmy obowiązku głosowania, jak dzieje się w niektórych krajach Unii. Bo chodzenie na wybory to nie tylko prawo, ale i obowiązek, który należy wykonywać. Może to by sprawiło, że w ludziach wyrobiłby się nawyk?

Nie pójście na wybory, to w gruncie rzeczy też jest głos.

Oczywiście. Oddajemy pole. Boleję nad tym, że frekwencja wyborcza jest tak mała. Właściwie połowa społeczeństwa nie głosuje i jest bierna.

Z jakimi emocjami ogląda Pani to, co się teraz dzieje w Polsce?

Z wielką przykrością. Polacy są tak podzieleni, jak nigdy wcześniej. Nie widzę możliwości porozumienia i to mnie ogromnie martwi. Politycy i rządy się zmieniają, natomiast podziały wśród ludzi, którzy utwierdzają się w swoich skrajnych poglądach i agresywnie zachowują wobec siebie, będą bardzo trudne do zasypania.

Odnalazłaby się Pani w dzisiejszej polityce?

Zdecydowanie nie. Zresztą nawet w rządzie Mazowieckiego nie myślałam o sobie jako o polityku i powiedziałam panu Tadeuszowi, że jeśli zostanie prezydentem, to rezygnuję, bo polityka mi nie odpowiada. W czasie kampanii byłam cały czas rzecznikiem rządu i tylko rządu, ale jej przebieg – o czym wcześniej tu wspominałam – straszliwa ilość kłamstw, plugastw, niesprawiedliwości, nawet antysemityzmu, które spływały na człowieka tak szlachetnego, tak oddanego Polsce jak pan Tadeusz, ostatecznie utwierdziła mnie w przekonaniu, że z polityką czas mi się rozstać.

Chciałaby Pani, żeby tę książkę czytali młodzi ludzie?

Bardzo mi na tym zależy, a że to trochę przygodowy thriller mam nadzieję, że do nich trafi. Wyrosły już dwa pokolenia, które o stanie wojennym nie wiedzą nic lub prawie nic, a jest to dramatyczny i ważny okres naszej najnowszej historii. Myślę, że młodzi, przeczytawszy o naszych, ówczesnych doświadczeniach lepiej zrozumieją, czym jest wolność, która przecież nigdy nie jest dana raz na zawsze.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!