Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Żadna porażka nie przekreśla naszych marzeń – mówi Kamila Rowińska. Przeczytaj rozmowę o jej drodze do sukcesu!

Żadna porażka nie przekreśla naszych marzeń – mówi Kamila Rowińska. Przeczytaj rozmowę o jej drodze do sukcesu!

Kamila Rowińska
Kamila Rowińska

 

O drodze na szczyt, umiejętności ponoszenia wyrzeczeń, budowaniu niezależności, nagradzaniu się za sukcesy i uczeniu się na błędach opowiada Kamila Rowińska.

Swoją misję definiuje krótko i konkretnie – wzmacnianie innych ludzi w zwiększaniu ich efektywności zawodowej i osobistej. Prowadzi szkolenia, pisze książki, jest Life & Business Coachem, wciąż sama się rozwija. Za chwilę do księgarń trafi jej szósta książka – „Zasługujesz na sukces”, w której podpowiada jak osiągnąć sukces finansowy i zbudować silną firmę. Dagny Kurdwanowskiej opowiada o tym, jaka była jej droga do sukcesu, czy niezależność finansowa jest dla każdego, jak ją budować i jak znaleźć w sobie siłę, by wziąć sprawy w swoje ręce.

Lubimy czytać o kobietach sukcesu, szukając inspiracji. Jednocześnie zdarza się, że sukces, który ktoś odniósł nas przytłacza zamiast inspirować. Myślimy wtedy – nigdy w życiu nie dam rady wskoczyć tak wysoko. Nasza wiara w siebie zamiast rosnąć, spada. Jak to jest z tymi sukcesami – inspirują, czy deprymują?

Na osiągnięcia innych warto spojrzeć w szerszym kontekście. Kiedy patrzymy na sukcesy kobiet, zobaczmy, jak długo one już działają na rynku, kiedy zaczęły i jaka była ich droga na szczyt. Mam 36 lat, mam rodzinę, dwójkę dzieci, dobrze prosperującą firmę i jestem dziś postrzegana jako kobieta sukcesu. Ale na ten sukces pracuję od 16. roku życia. Oprócz tego, że tak, jak moi rówieśnicy chodziłam do szkoły, normalnie pracowałam i zarabiałam na siebie. W międzyczasie mniej niż inni chodziłam na imprezy, a przez pierwszych 13 lat nie pamiętam, żebym jeździła na jakieś wakacje.

Umiejętność ponoszenia wyrzeczeń jest ważna w drodze na szczyt?

Zdecydowanie, podobnie jak gotowość zapłacenia ceny za to, gdzie chce się dojść. Często patrząc na ludzi, którzy osiągają sukcesy widzimy tylko wierzchołek góry. Oglądamy Roberta Lewandowskiego, gdy strzela gole, czytamy, ile zarabia i myślimy – Ale facet ma szczęście. Często dla lepszego samopoczucia ludzie powtarzają sobie, że komuś się po prostu udało. To pozwala im znieść fakt, że sami są w zupełnie innym miejscu, że coś im nie wychodzi, że utknęli. Zapominają wtedy, że Lewandowski kopie tę piłkę już pewnie dwudziesty rok, ciężko trenuje, codziennie pracuje, nie poddaje się i realizuje konsekwentnie swoje cele. Prawdopodobnie podporządkował temu całe życie.

Płaci swoją cenę za sukces.

Gdybyśmy powiedzieli – on tak ciężko pracował i dzięki temu jest tam, gdzie jest – to musielibyśmy uznać, że to od nas samych zależy, gdzie dojdziemy. A to jest prawda, która bywa dla niektórych trudna. Podobnie jest zresztą w przypadku biznesu. Jeśli ktoś chce zbudować silną firmę, zdobyć wymarzone stanowisko, zrealizować projekt lub zarobić ten przysłowiowy milion musi często zapłacić wysoką cenę. Tą ceną jest między innymi czas, który poświęca się, pracując w pewnym momencie bez wytchnienia.

Lubimy zachwycać się wynikami, ale bardzo nie lubimy tego, co do sukcesu prowadzi czyli wysiłku?

Nie lubimy, wolimy myśleć, że to samo przychodzi, a milion sam się zarobi. Swoim dzieciom, zwłaszcza starszemu synowi, który ma teraz 11 lat powtarzam, że wysiłek jest wartością. Tłumaczę mu, że jeśli dziś włoży wysiłek w naukę języków obcych, w szlifowanie swoich talentów, rozwój i budowanie różnych umiejętności, zaowocuje to w przyszłości – lepszą szkołą, studiami, pracą, ale także w relacjach z ludźmi. Sama staram się dawać mu przykład. Obserwuje mnie, mojego męża i widzi, że zawsze wkładamy dużo wysiłku i zaangażowania w to, co robimy.

Czy umiejętność podjęcia wysiłku i wyrzeczeń wiąże się także z gotowością do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie?

Zdecydowanie tak. Są osoby, które nie chcą tej odpowiedzialności brać. Gdyby to zrobili, musieliby sami przed sobą przyznać, że nie mają szans na awans nie dlatego, że ich szef jest złośliwy, ale dlatego, że w pewnym momencie stanęli w miejscu i przestali się rozwijać. W życiu osobistym jest tak samo – gdy pojawia się nadwaga, wolimy zrzucić winę na geny, zamiast przyznać przed sobą, że jemy byle co i się nie ruszamy. Jeśli winą obarczymy szefa lub geny, to mamy problem z głowy – wiadomo, że z tym nic nie da się zrobić.

Może nie awansujemy i nie rozwijamy się, bo po prostu nie lubimy tego, co robimy. Łatwiej nam podjąć wysiłek, gdy robimy coś, co jest naszą pasją?

Jeśli ktoś buduje biznes i ten biznes oprze na swoim głównym zainteresowaniu lub na swojej życiowej misji, która napędza go do działania, to nie będzie postrzegał swojej pracy tylko jako wysiłku. Kiedy piszę swoje książki, zdarza się, że muszę wstać o piątej rano, żeby mieć dla siebie chwilę i w skupieniu popracować, zanim wstanie mój mąż i dzieci. Lubię pisać, więc nie postrzegam tego jako ogromnego wyrzeczenia. Gdybym miała wstać po to, żeby prasować, nie byłabym w stanie się zmobilizować. Gdy zrywam się z łóżka, żeby realizować swoją misję, która daje mi poczucie, że wszystko, co robię ma sens, to wówczas odczuwam to jako słodki wysiłek.

Czym jest ta misja – jak Pani ją definiuje?

Moją misją jest wzmacnianie innych ludzi w zwiększaniu ich efektywności zawodowej i osobistej. Obojętnie czym się zajmuję, dużą uwagę przykładam do tego, czy to, co robię jest efektywne. To naturalny talent, który w sobie odkryłam i rozwinęłam. Dziś pomaga mi wspierać innych w rozwijaniu ich potencjału.

Od początku wiedziała Pani, co chce robić, czy ta misja formowała się wraz ze zdobywaniem kolejnych doświadczeń?

Przez te wszystkie lata przybierała różne formy. Kiedy jako nastolatka rozpoczęłam pracę jako konsultantka Avonu, przede wszystkim potrzebowałam zarobić pieniądze. Ale od początku starałam się też określić swój cel – wówczas sprowadzał się do tego, by pomóc kobietom wyglądać piękniej. Wówczas tak tego nie postrzegałam, ale z perspektywy czasu wiem, że to także był sposób na zwiększenie ich efektywności – piękniejsze i bardziej zadbane czuły się pewniej. Później pracowałam jako instruktorka aerobiku, wspierając kobiety w tym, żeby odkrywały swoje piękno sportowe i budowały kondycję. Głęboko wierzę w to, że jeśli ktoś jest wysportowany, jest także skuteczniejszy w podejmowaniu decyzji i realizowaniu działań. Po jakimś czasie zakończyłam współpracę z firmą Avon, a zaczęłam pracować dla Oriflame, bo czułam, że dzięki temu będę mogła rozwinąć skrzydła. Przepracowałam tam 13 lat, osiągając sukcesy, zarządzając dużymi zespołami. Poczułam, że mogę motywować ludzi i wspierać ich rozwój. W międzyczasie poszłam na studia, zrobiłam dyplom coacha i cały czas starałam się odkrywać swoje mocne strony.

Kamila Rowińska

W jaki sposób?

Obserwowałam siebie. Przyglądałam się temu, co sprawia mi największą przyjemność. Zauważyłam, że bliskie są mi kobiety i bardzo chcę je wspierać. W moim zespole w Oriflame pracowałam z ponad trzema tysiącami kobiet. Widziałam, jakie miały problemy w budowaniu niezależności finansowej i zawodowej. Pamiętam, że wiele z nich musiało pytać męża o zgodę, żeby pójść na spotkanie kosmetyczne. To mnie wówczas zaskoczyło. Sama byłam bardzo młoda i nie musiałam żadnego męża o nic pytać. Na bazie tych doświadczeń napisałam później książkę „Kobieta niezależna”.

Dziś uczy Pani, szkoli i wspiera kobiety na drodze do ich niezależności. Mam więc pytanie nieco przewrotne – czy na pewno każda kobieta potrzebuje niezależności? Są przecież takie, które spełniają się jako żony, matki, zajmując się domem.

Jako coach spotkałam wiele kobiet, które znalazły się na życiowym rozdrożu. Były zazwyczaj w okolicach czterdziestki i odczuwały pustkę. Czasami miały już odchowane dzieci i szukały nowego zajęcia. Czasem były świeżo po rozwodzie. Wszystkie były w nieciekawej sytuacji finansowej. Przyglądając się tym kobietom zrozumiałam, że niezależność nie do końca jest wyborem, ale zdarza się, że jest koniecznością.

Warto zacząć ją budować, nawet kiedy czujemy się bezpieczne finansowo?

Rozróżniam dwa rodzaje niezależności – mentalną i finansową. Ta pierwsza pozwala człowiekowi myśleć o tym, że jest odpowiedzialny za siebie, że jest gotowy podejmować decyzje i ponosić ryzyko z tym związane. Radzi się innych, ale ostatecznie decyduje o swoim życiu samodzielnie. Ta druga to samostanowienie o sobie i wolność finansowa, która pozwala wydać pieniądze na to, na co chcemy lub potrzebujemy je wydać, a nie na to, na co ktoś nam pozwala je wydać. Jedna często wypływa z drugiej. Zdarza się, że dopiero, kiedy kobieta idzie do pracy i zacznie zarabiać swoje pieniądze, pozwala sobie na niezależność mentalną. Niezależność finansowa powinna być dla kobiet obowiązkowa. Nie chodzi o to, żeby mieć od razu rozdzielność majątkową, dwa różne konta i dwa różne budżety domowe, ale o to, żeby mieć własne pieniądze i zarządzać nimi. Brak tej niezależności najczęściej boleśnie odczuwamy w sytuacjach dramatycznych – gdy mąż ciężko zachoruje, straci pracę lub odejdzie.

Paradoksalnie, gdy taka sytuacja ma miejsce, wiele kobiet odkrywa w sobie duże pokłady zaradności i przedsiębiorczości, których wcześniej nie były świadome.

Tak, rozwijają się poprzez kryzys. Bardzo często staje się on dla nich nowym otwarciem. Pytanie, czy trzeba czekać do tak trudnego momentu, żeby odkryć w sobie ten talent? Czy naprawdę trzeba być pod ścianą, żeby zacząć stawać na własne nogi? Przecież można o to wszystko zadbać wcześniej. Świat tak bardzo się zmienił, dając kobietom i mężczyznom nowe możliwości. Mieszkam w Belgii i widzę, że dla mężczyzn tutaj nie jest ujmą, gdy włączają się w obowiązki domowe, wspierając żony w rozwoju zawodowym. Posiadanie rodziny, bycie mamą nie oznacza przecież, że trzeba rezygnować ze wszystkiego innego.

Jest Pani mamą dwójki synów – jak w praktyce wygląda godzenie roli mamy i bizneswoman?

Młodszy syn ma dwa i pół roku. Teraz w opiece nad nim pomaga mi niania, a od września syn idzie do przedszkola. Dziećmi zajmujemy się wspólnie z mężem, mąż także gotuje, włącza się w obowiązki domowe. Dzięki temu mogę być i mamą, i rozwijać swój biznes. W Polsce bardzo dużo mówi się o tym, że Polki nie chcą rodzić dzieci. Nie chcą, bo mało kto je potem wspiera w tym macierzyństwie. Kiedy już mają dziecko, okazuje się, że mają problem z powrotem na rynek pracy, z oddaniem dziecka do żłobka, bo albo żłobka nie ma albo inni mówią jej, że dobra matka tak nie robi. Na zachodzie zupełnie normalne jest to, że kobiety zatrudniają nianie, a te, które nie chcą wsparcia niani lub nie stać ich na to, mogą posłać dziecko do żłobka lub przedszkola, do których jest duży dostęp.

Z badań Komisji Europejskiej wyszło, że w Polsce mężczyzna po pracy poświęca obowiązkom domowym ok. 9 godzin tygodniowo, a pracująca kobieta 26. To jak dodatkowe pół etatu.

Warto powiedzieć, że często kobieta odpowiada za tę sytuację. Nie demonizujmy wyłącznie mężczyzn. Potrafimy być zaborcze wobec dzieci, strofujemy mężów – Jak ty to zrobiłeś! To nie tak się robi! Zostaw to, bo znowu zrobisz źle! Jesteśmy też wychowywane tak, że ubrania muszą być równo poukładane w szafce, odprasowane. Kończy się tym, że zmęczone prasujemy po nocy, uważając, że nikt inny nie zrobi tego tak dobrze jak my. Jednocześnie chłopców nie uczy się prania, prasowania, zmywania naczyń, gotowania. Wyręczamy naszych mężczyzn na każdym kroku.

Poświęcamy się, choć często nikt od nas tego nie wymaga.

Dokładnie. Chcemy być podziwiane w roli perfekcyjnych pań domu. Ta rola jest zastrzeżona społecznie dla kobiet. Mój starszy syn w tej chwili sam już wstaje i sam robi sobie śniadanie. Czasem pyta mnie, czy mam ochotę na kawę. Wiele z nas nie pozwala dziecku na coś takiego. Kobiety czują się złymi matkami, jeśli same nie zrobią dziecku kanapek do szkoły. A ja myślę sobie, że skoro mój syn to lubi i dzięki temu czuje się bardziej dorosły i samodzielny, to fantastycznie.

Skoro jesteśmy przy stereotypach i rolach, jakie mamy przypisane społecznie, porozmawiajmy o kolejnej – społecznie źle widziane jest, kiedy kobieta, która odnosi sukces chwali się nim. Siedź w kącie, a znajdą cię – powtarza się dziewczynkom.

Kobiety najczęściej mówią, że ich największym sukcesem są ich dzieci. Faktycznie, bycie mamą jest wielkim sukcesem. Ale jest to też sukces pozytywnie przyjmowany społecznie. Nikt nie powie, że taka kobieta się wywyższa, zadziera nosa. Kiedy jednak powie, że jej sukcesem jest firma lub jakiś projekt może to zostać odebrane negatywnie – przechwala się. A przecież, kiedy idzie się na rozmowy z partnerami biznesowymi, inwestorami, mówienie o osiągnięciach jest wręcz koniecznością. Jestem zwolenniczką celebrowania i cieszenia się z sukcesów. W swoim „Dzienniku coachingowym” zamieściłam ćwiczenie, w którym trzeba wypisać swoje sukcesy, a potem nagrodzić się za to, co udało się osiągnąć.

W jaki sposób Pani celebruje swoje sukcesy?

W przypadku większych sukcesów to może być wspólny wyjazd z mężem, czasem idziemy na dobrą kolację, a czasem jest to po prostu miły drobiazg, na który wcześniej sobie nie pozwalałam. Sukcesy celebruję także ze swoim zespołem. Wyjeżdżamy gdzieś wspólnie albo jak w tym roku, moje pracownice dostały budżet na ubrania i spotkanie z osobistą stylistką.

Umiejętność dzielenia się jest ważna w biznesie?

Zdecydowanie tak. Przecież miejsce, w którym jestem ja i moja firma to wspólny sukces całego zespołu. Gdyby nie mój event manager, nie byłabym w stanie zorganizować tylu szkoleń i wystąpień. Gdyby nie moja menedżerka biura, utknęłabym w papierach. Gdyby nie moja asystentka, siedziałabym i kupowała bilety na pociąg zamiast w tym czasie szkolić lub przygotowywać wystąpienie. Kobietom trudno jest delegować zadania, bo uważają, że wszystko powinny robić same. Ale kiedy już się tego nauczą, jest im łatwiej i więcej mogą osiągnąć. Dotyczy to także życia rodzinnego, włączania członków rodziny w obowiązki domowe. Dzieciom naprawdę nic się nie stanie, jeśli zmyją talerze albo wypakują zmywarkę.

Sukcesy celebrujmy, a co zatem robić z porażkami?

Na porażkach warto się uczyć. Sama mam kilka poważnych upadków i kryzysów za sobą. Kiedy miałam 26 lat zmarła moja mama. Dwa lata później znaleziono pierwszego guza w mojej piersi. Przez kolejnych sześć lat leczenia miałam w sumie dziewięć guzów. W 2010 roku rozwiodłam się z pierwszym mężem, w tym samym czasie mój ojczym zmarł na raka. To był bardzo trudny czas. Kiedy przydarzają nam się naprawdę duże kryzysy i stajemy przed tak ciężkimi wyzwaniami, to polecam poszukanie wsparcia u psychologa. Stratę bliskiej osoby, rozwód, ciężką chorobę warto przepracować. Wiem, że w Polsce ludzie wciąż się obawiają rozmów z terapeutą, uważając, że to oznaka słabości. Ja uważam, że to oznaka odpowiedzialności. Ludzie, którzy są silni mają odwagę prosić o pomoc.

To duże wyzwania, a co z mniejszymi potknięciami, które także potrafią odebrać nam energię do działania?

W przypadku mniejszych potknięć i porażek warto pamiętać, że ten jeden moment nie określa ani nas, ani naszego życia. Jedna porażka nie przekreśla naszych marzeń i pomysłów. W gorszym momencie warto narysować sobie linię naszego życia, oznaczyć na niej ten jeden punkt i wówczas zobaczymy, że to tylko epizod. W kryzysie warto spojrzeć na wszystko szerzej, złapać perspektywę. Może się okazać, że kryzys jest początkiem pięknej zmiany. W moim przypadku wielki kryzys zaowocował tym, że bardziej dbam o siebie i o swoje zdrowie. Zaczęłam pracować nad sobą i realizować marzenia, które odkładałam wciąż na później. Kiedy wykryto u mnie guzy, pomyślałam, że zawsze chciałam napisać książkę i jeśli nie zrobię tego od razu, potem mogę nie mieć już okazji. Usiadłam więc i ją napisałam.

Oswajajmy porażki zamiast je demonizować?

Wyciągajmy z nich lekcje. Przecież coś spowodowało, że jesteśmy w trudnej sytuacji. Coś nas doprowadziło do tego miejsca. Zastanówmy się, dlaczego pojawił się problem w naszym małżeństwie, dlaczego nie wyszedł nam projekt biznesowy. Problem lub porażka to świetny moment, żeby zobaczyć, że podążamy w złym kierunku. Czasem trzeba upaść, żeby się przebudzić i znów wznieść się w górę. Wszystko, co dzieje się w naszym życiu jest albo treningiem albo testem. I po prostu trzeba go zdać.

Pani ostatnia książka to „Zasługujesz na sukces” – kto powinien po nią sięgnąć?

Lektura „Zasługujesz na sukces!” przeznaczona jest dla wszystkich, którzy przygotowują się do rozpoczęcia swojej działalności lub chcą zwiększyć jej efektywność. Zaprosiłam niezwykłe osoby do podzielenia się swoimi doświadczeniami w książce. „Zasługujesz na sukces! zawiera m.in. 9 wywiadów z ludźmi sukcesu, płytę DVD oraz szereg porad jak sprzedawać, budować i zarządzać zespołem, zarządzać sobą w czasie, oraz zadbać o aspekty prawne i finansowe swojej działalności.

Kamila Rowińska

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!