Takie dni jak Walentynki często obnażają więcej, niż chcemy przyznać
Dla wielu jest to nie tylko święto zakochanych, ale także dzień, który uruchamia w głowie różne pytania:
- czy ja w ogóle mam dziś na siebie przestrzeń?
- czego tak naprawdę potrzebuję, zanim zacznę „dawać” innym?
- czy jestem dla siebie tak samo wyrozumiała, jak dla bliskich?
- czy umiem przyjąć czułość – także od samej siebie?
- co próbuję zagłuszyć hałasem tego dnia: smutek, złość, zmęczenie, samotność?
I te pytania potrafią się pojawić nawet jeżeli jesteśmy w relacji. Czasem cicho, a czasem bardzo głośno. Miłość do siebie w takim momencie nie jest luksusem. Jest sposobem, by nie rozpaść się pod ciężarem porównań.
Miłość do siebie zaczyna się tam, gdzie przestajemy się ignorować
To nie jest hasło o „akceptowaniu wszystkiego”. To raczej umiejętność powiedzenia sobie: „widzę, że jest mi trudno”. Kiedy przestajemy się ignorować, zaczynamy reagować na siebie jak na kogoś ważnego. Nie dopiero wtedy, gdy „zasłużymy”, gdy schudniemy, gdy będzie lepiej, gdy skończymy wszystkie sprawy. Tylko teraz. W tym stanie. W tej wersji dnia.
Kobiety są świetne w dawaniu. Gorzej z wybieraniem siebie
Dbamy o relacje. O dzieci. O partnerów. O pracę. O wszystko i wszystkich – poza sobą. A potem dziwimy się, że jesteśmy zmęczone. Że ciało wysyła sygnały. Że emocje wymykają się spod kontroli. Miłość do siebie nie polega na egoizmie. Polega na tym, że przestajemy odkładać siebie na później. Bo „później” bardzo często nie nadchodzi.
Walentynki to dobry moment, by zadać sobie jedno niewygodne pytanie
I absolutnie nie chodzi o: czy ktoś mnie kocha? Ale:
Czy ja sama jestem po swojej stronie?
Czy słucham swojego ciała?
Czy szanuję swoje granice?
Czy daję sobie prawo do zmiany, zmęczenia, niepewności?
Bo relacje z innymi bardzo często są odbiciem tej jednej, najważniejszej relacji – relacji ze sobą.
Miłość do siebie to nie zastępstwo miłości romantycznej. To jej fundament!
Nie ma zdrowych relacji bez poczucia własnej wartości. Nie ma bliskości bez bezpieczeństwa. Nie ma partnerstwa tam, gdzie jest ciągłe poświęcanie się kosztem siebie. Miłość do siebie nie sprawia, że „nie potrzebujemy nikogo”. Sprawia, że nie zgadzamy się na bylejakość – ani w relacjach, ani w życiu.
Może więc w te Walentynki warto zmienić perspektywę?
Nie pytać, czy ktoś spełnił oczekiwania. Nie liczyć gestów. Nie porównywać się do innych. Może wystarczy jeden akt czułości wobec siebie i podjęcie decyzji, którą odkładałaś albo zwykłe przyznanie się przed sobą: „robię, ile mogę”.
Bo miłość do siebie to nie slogan. To codzienna praktyka. I bardzo często – najlepszy prezent, jaki możemy sobie dać.