Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Sztuka odkrywania różnic

Sztuka odkrywania różnic

Co zrobić, gdy w udanym związku wszystko zaczyna się psuć? Czas zacząć odkrywać to, co nas różni, przekonuje trenerka i coach, Justyna Dworczyk.

Na początku były motyle w brzuchu, wielka namiętność i przekonanie, że tak będzie już zawsze. Ale po kilku miesiącach okazuje się, że mężczyzna, który miał być ideałem nie odstawia kubka do zlewu, lubi zupełnie inne książki, a wieczory spędza najchętniej oglądając skandynawskie seriale kryminalne. Nie tak wyobrażałaś sobie ten związek! Czy miłość się skończyła? A może wcale się jeszcze nie zaczęła?

Jeśli jest w związku szlaban na inność, a nie przyzwolenie, związek nie ma czym się karmić – tłumaczy Justyna Dworczyk, trenerka, coach i autorka warsztatów Ta, Która Wie. Integrując różne podejścia – coachingowe i terapeutyczne towarzyszy ludziom w zmianie, pomaga także w uzdrawianiu relacji rodzinnych i partnerskich. Z Dagny Kurdwanowską rozmawia o tym, czym właściwie jest kryzys w związku, czym różni się dojrzałe uczucie od miłosnego oczadzenia, dlaczego kompromisy wcale nie służą związkom, kiedy kryzys może być szansą dla związku, a kiedy warto podjąć decyzję o rozstaniu, a przede wszystkim o tym, jak ważna w związkach jest umiejętność uważnego odkrywania i akceptowania tego, co nas od siebie różni.

Najpierw uskrzydla nas miłość, w partnerze widzimy tylko to, co dobre, ciekawe, intrygujące. Ale mija trochę czasu – czasem kilka miesięcy, czasem rok-dwa i wiele się zmienia. To, co było urocze staje się irytujące, nie sposób wypracować kompromisu w najprostszej sprawie, narastają konflikty i spory. Dlaczego tak się dzieje?

Zaczęłabym od zmiany założeń zawartych w pytaniach. To, co jest na początku i to, co uskrzydla to nie jest miłość. To, jak twierdzi prof. Wojciszke, którego określenie uwielbiam przywoływać – „hormonalna zupa”, która wylewa się na nas i powoduje lekkie podtopienie. Ja sama zwykłam nazywać to oczadzeniem, co bardzo dobitnie oddaje, że jest to stan daleki od świadomości oraz, że jesteśmy pod wpływem jakiejś szkodliwej substancji. Niektórzy badacze twierdzą wręcz, że stan ten jest zbliżony do stanu psychotycznego. Nazywamy to miłością, bo to jest poetyckie, romantyczne, filmowe, medialne, dobre na książkę, na serial… ale to ciągle niesprawiedliwe, że to ten krótki, ulotny etap związku zasłużył sobie na to miano. Wielu naukowców, psychologów, a także wreszcie zwykłych ludzi zgadza się z tezą, że miłość się robi, czyli jak to przepięknie ujął Donald Vinnicott, brytyjski pediatra oraz psychoanalityk, że miłość wyraża się w kategoriach fizycznych.

Co to znaczy?

Począwszy od tego, że dziecko doświadcza miłości matki, kiedy ta z troską i delikatnością podaje mu pokarm, a my kobiety doświadczamy miłości, kiedy mężczyzna pamięta o naszych urodzinach, wręczając kwiaty, podaje herbatę, czule dotyka, pisze, pyta, mówi o nas i do nas pięknie, zamówi stolik w naszej ulubionej restauracji, obdarza pieszczotami – to wszystko są czynności, które robimy na rzecz kochanej przez nas osoby bądź otrzymujemy od osób deklarujących, że nas kochają. Doskonale potrafimy zdiagnozować, że jesteśmy kochane, po czynach, nie deklaracjach. Stąd znów moje ulubione określenie, że miłość się robi. Rzeczywiście, kiedy oczadzenie mija wychodzą zza mgły rzeczy wcześniej niewidziane. I to nie jest tak, proszę mi wierzyć, że „widziały gały co brały”. Nie widziały. W oczadzeniu jest dużo dymu, on naprawdę zasłania nie tylko to, co irytujące, to, co urocze też…

Dlaczego zaczyna się tak dziać?

Towarzyszyć nam może dziecięce, niedojrzałe oczekiwanie, że stan motyli w brzuchu będzie trwał. Jeśli miłość rozumiana jest jedynie jako permanentne oczadzenie, dzień, w którym dym się rozprasza jest dniem ciężkiego rozczarowania. Jest w tym rozczarowaniu rodzaj naiwności, która wytworzyła się wskutek kulturowych wyobrażeń, że miłość to stan tego niezwykłego czucia. Czucie ustąpi, tak jak Pani wspomniała, po okresie sześć do 24 miesięcy i zaczyna się tragedia, że miłość minęła, kiedy tak naprawdę jeszcze się nie zaczęła. Ten etap pary mają jeszcze przed sobą. Jeśli przejdą pomyślnie przez kolejny, czyli etap odkrywania różnic – mają szansę na związek. Mają szansę na miłość, którą będą sobie wzajemnie czynić. Dlaczego zaczyna się coś psuć, zamiast rozwijać, ulepszać, wzbogacać?

Bo zamiast być sobą, staramy się dostosować do oczekiwań partnera?

Bo mamy histeryczny stosunek do różnic. Proszę zauważyć, że w miejsce fascynacji innością, boimy się jej. Nie jesteśmy zainteresowani różnicą, jesteśmy nią sparaliżowani, onieśmieleni. Różnica oznacza w naszym pojęciu nie – po prostu inaczej, a – gorzej. Jeśli w tym okresie zauważania różnic partnerzy zaczną się zaciekawiać wejściem do świata partnera czeka ich fascynująca podróż. Jeśli inne, nieznane będzie ich nęciło, wciągało, to znaczy, że zmierzają w kierunku miłości. To jest trudne. Proszę się przyjrzeć dzisiejszym dyskusjom towarzyskim. Pani z panią na imprezie przestają się wręcz lubić kiedy odkryją, że nie mają wspólnej opinii na temat Murakamiego. Można usłyszeć, że jest z tobą coś nie tak, kiedy ciągle jesz mięso, nie wybierasz zorganizowanych wakacji albo posyłasz dziecko do demokratycznej szkoły. Jeśli jest w związku szlaban na inność, a nie przyzwolenie, związek nie ma czym się karmić. Powstaje głód, niedosyt, powstanie uczucie braku. Dlaczego się psuje? To sprawa nieszczęsnego kompromisu. Jeśli nie przejdziemy pomyślnie etapu odkrywania inności, zaczniemy rozglądać się za kompromisem.

A kompromis jest złym rozwiązaniem? Wszyscy ciągle powtarzają, że w związkach musimy szukać kompromisów.

Kompromis to strata, ustępstwo, to nie może być istotą związku. Zdrowy związek nie zna kompromisu. I jeżeli partnerzy zaczynają go poszukiwać, to jest to zapowiedź nadchodzącego kryzysu. Kompromis jest pojęciem handlowym negocjacyjnym i jest obecny dość wyraźnie w sferze biznesowej. W miłości nigdy nie będzie równo. Związek partnerski niewiele ma wspólnego z utrzymaniem sald. Nie można znaleźć odpowiedników, bo ile warte jest pozmywanie? Zrównoważy jutrzejsze zakupy? A ile warte jest pójście do mamy na obiad? Trzem godzinom meczu? Utkniemy w licytacjach. Kompromis sugeruje handel. Bywa też, że dojdziemy do płacenia walutą, jaką jest seks. A to poważnie wykrzywia charakter związku, czego chyba nie trzeba specjalnie tłumaczyć. W wielu związkach jest na to przyzwolenie. Zaryzykowałabym, że związek, w którym ma to miejsce nie jest w kryzysie, a w rozkładzie.

Co najczęściej gubi nas w związku? Oczekiwanie, że będzie ideałem? Bo jeśli nasz partner jest ideałem, to przecież konflikt jest niemożliwy.

O! Nic bardziej mylnego! Po idealizacji nieuchronnie następuje dewaluacja, dlatego tylko patrzeć jak włożona na naszą głowę korona zostanie z niej szybko strącona i wyląduje w błocie. A zatem idealizacja jest zgubą. Gubi nas potrzeba pasowania. Kobiety szukają partnerów, którzy by do nich pasowali. Tymczasem to nie buty ani torebki, nie będą pasowały! Skąd w ogóle ten absurdalny pomysł, że to oni mieliby się do nas dopasować, a my stanowimy rodzaj matrycy? To nas gubi w związku. Mężczyźni nie są nam dłużni, nierzadko mają istniejący już wzór kobiety pochodzący z obserwacji matek, babć, nierzadko też kobiecych postaci literackich, bohaterek filmowych. Wyekstrahowali i połączyli najbardziej pożądane cechy kobiet i rozglądają się za puzzlem, nie za człowiekiem. Również przeświadczenie, że daną osobę można poprawić, ulepszyć dokręcić coś w niej poluźnić, jakbyśmy my ludzie byli psującymi się mikserami. Ludzie się nie psują, ludzie po prostu inaczej niż ty organizują swój świat. Co znaczy nie mniej, nie więcej, że inaczej przyjmują, przetwarzają i wyrażają informacje. Gotowość na to, że będą to robić inaczej niż my. Ba!, nie tylko gotowość, co fascynacja tym, że zrobią to inaczej niż my, chęć przyłączenia się do tego „inaczej” chęć wypróbowania tego „inaczej” jest zapowiedzią dobrego związku.

Wojciech Eichelberger mówi, że nadużywamy słowa „kryzys” w kontekście związków. Czym więc właściwie jest ten kryzys? Kryzysem są już nieustanne kłótnie, czy raczej poważniejsze problemy, jak choćby zdrada, kłamstwa?

Zgadzam się, kłótnie, problemy to nie kryzys, tylko normalne elementy relacji. Gdyby się przyjrzeć problemom, jeśli tylko nie są codziennością życia takiej pary, mogą wzmacniać jej poczucie siły tożsamości. Wspólne rozwiązywanie problemów często umacnia związki. Trochę inaczej jest ze zdradą. Zdrada, o ile nie jest patologią jednego z partnerów, może być informacją, że związek jest w kryzysie. Zdrada jest sposobem, w jaki jedno z partnerów reaguje na kryzys, jest znakiem, że ta osoba poszukuje rozwiązań. Póki co na własną rękę próbuje wyjść z sytuacji, w której być może poczuła się bezradna. I robi to źle, nieudolnie, głupio. Nie znaczy to, że zdrada jest w tym przypadku usprawiedliwiona, póki co może być jedynie rozumiana i nie, bo zdradę trudno zrozumieć. Zdrada jednocześnie jest jednym z najgorszych sposobów na szukanie wyjścia, bo jest aktem niezwykle raniącym, nadużywającym i nadszarpującym relację. Często tego rodzaju kryzys jest jednocześnie końcem. Niewiele par stara się o ciąg dalszy, ale myślę, że wiele par miałoby szansę ten kryzys przezwyciężyć. Nie każda zdrada jest identyczna. Wspomniałam o patologicznych przypadkach, o potrzebie nieustannej podniety, potrzebie zmiany, odczuwania jakiegoś rodzaju sensacji, tajemnicy. To jest zaburzenie, które partner powinien okiełznać zanim zdecyduje się na jakikolwiek związek. To jest praca do wykonania z samym sobą. Inaczej jest kiedy zdrada ewidentnie jest przeżywana jako antidotum na nierozwiązywalne z perspektywy zdradzającego partnera konflikty. Jeśli zdradzający postrzega to jako błąd, autentycznie żałuje i, podobnie jak zdradzany, cierpi z powodu zdrady i jeżeli oboje wykazują potrzebę, chęć kontynuowania związku, to może to być dla nich moment przełomowy. Moment otwarcia na konieczne w tym związku reformy, na rozmowy o rozwiązaniach zamiast o problemach, o potrzebach zamiast o oczekiwaniach.

Od kiedy możemy mówić, że związek jest w kryzysie?

Kiedy mamy do czynienia ze swego rodzaju patem. Stosujesz sprawdzoną metodę i ona zawodzi, wkładasz klucz do zamka, a on ani drgnie. Jest to rodzaj jakiejś niemocy, bezradności. Wcale nie jest to ciąg afer, nieporozumień konfliktów, raczej jest to rodzaj flauty. Uczucia gniewu ustępują marazmowi, zniechęceniu. To właśnie zmusza nas do podjęcia decyzji o uruchomieniu kroków naprawczych, znalezienia nowych sposobów, bo stare zawodzą.

Czy kryzys oznacza, że miłość się skończyła, czy raczej, że przestała wystarczać jako spoiwo związku?

Nie. Rozbierzmy to lingwistycznie. Kryzys to zapowiedź, że jedną z możliwości, jaka po nim nastąpi jest koniec. Drugą opcją jest transformacja albo całego związku albo pewnych jego sfer, postaw, zachowań… A że bardzo często pary przez kryzys nie przechodzą, stał on się synonimem końca. Jest etapem, który ewentualny koniec poprzedza. Kryzys z greckiego to wybór, decydowanie, zmaganie, walka. Kryzys jest jak rozkrok. Wkrótce będzie trzeba dostawić nogę, bo ból będzie nie do wytrzymania. Japoński znak graficzny symbolizujący kryzys tłumaczony jest nawet jako poprawa, polepszanie, zmiana na lepsze. I to jest ta druga opcja, która może nastąpić zamiast końca. A miłość? Cóż, miłość się robi. :)

Dlaczego właściwie pojawiają się kryzysy? Przestajemy się ze sobą komunikować? Uciekamy przed problemem? Nie potrafimy określić, co nim jest?

Wymienione powody mogą prowadzić do kryzysu. Zwróciłabym uwagę na sedno owych problemów i głębiej przyjrzała się tym, co kryje się za zaprzestaniem komunikacji. Kryzys zaczyna się rodzić, kiedy zaczynamy sobie zdawać sprawę z nierównowagi energii, jaką zasilamy związek. Odczucia te nie są ani wymierne ani obiektywne. Przeżywamy je w sposób bardzo osobisty na poziomie emocjonalnym. To powoduje pętlę grasujących ze sobą krzywdy i winy. Ja jestem skrzywdzona, ty jesteś temu winien, więc robię ci przykrość. Może nawet świństwo. Po nim znowu ja czuję się winna, bo cię skrzywdziłam. Ale zrobiłam to, bo przecież ty jesteś winien, a ja pokrzywdzona. Koło się zamyka. Powodem, dla którego dochodzi do tego nieprzyjemnego zapętlenia jest często brak docenienia przez partnera, partnerkę energii inwestowanej w związek. Każdy człowiek potrzebuje docenienia, potrzebuje „Tak”, dla siebie takiego, jakim jest i dla rzeczy, jakie czyni na rzecz drugiej osoby. Niedoczekawszy się zauważenia i skomentowania będzie próbował zrównoważyć ten wkład i zaprzestanie inwestycji. To natychmiast zostanie zauważone i będzie skomentowane. I tak rozpocznie się ten schemat, który bardzo trudno zatrzymać. Dlatego tak bardzo ważne są w związku komplementy, dostrzeganie nawet małych rzeczy. „Dziękuję kochanie, że codziennie, kiedy sięgam po czystą koszulę to ona tam wisi. Czuję się bardzo przez ciebie zadbany”. „Skarbie, zauważyłam, że mam wymienione opony w samochodzie, lubię, kiedy troszczysz się o moje bezpieczeństwo”. To, że koszula wisi w szafie, a zimówki już założone jest wynikiem energii emitowanej na rzecz partnera. Ona na początku jest zawsze. Nie może spowszednieć do końca związku! Ignorowanie wysiłków na rzecz innej osoby w relacji jest równoczesnym jej zainfekowaniem.

Czy każdy kryzys w związku jest do zażegnania? Od czego zależy to, że jeden udaje się opanować, a inny prowadzi do zupełnego rozpadu związku?

Pewnie, że nie. Kryzys jest jak szansa. Wykorzystasz lub nie. Kryzys zażegnają rokujące pary, dojrzałe związki, które zdążyły się pobudować. Związki zbyt zakażone toksyną, takie, które zbyt długo funkcjonowały w braku zaufania, ze szkodliwymi przekonaniami, wykrzywionymi postawami, oczekiwaniami, związki, w których była przemoc fizyczna czy psychiczna – te związki się rozpadną. One nie mają fundamentów, więc gdy przychodzi huragan, wszystko się sypie.

Od czego zacząć rozwiązywanie sytuacji kryzysowej? Jaki powinien być ten pierwszy krok?

Pierwszy krok to rozmowy, co ciągle jest trudne. W kryzysie właśnie one często się nie udają, bo jest zbyt dużo emocji, bólu, pretensji, wymagań. No i toczy nas już wspomniana wcześniej krzywdo-wina. Wtedy należałoby się zapytać (często proponuję to parom, które ze mną pracują) czy to ten? Czy to ta? Jeśli odpowiedź brzmi tak, to spora część sukcesu. Można zacząć stawiać kroki. Jeśli rozmowy początkowo są porażką, możemy poprosić o mediacje. Na początku to może być ktoś z rodziny, przyjaciel domu. To muszą być ludzie, którym zależy na parze, nie na jednym z partnerów. Jeśli nie mamy nikogo takiego wokół siebie polecam terapeutę. Jeśli potrafimy rozmawiać, rozmawiajmy według pewnego schematu. Przedstawmy najistotniejsze fakty, powiedzmy jak to wygląda z naszej strony, co o tym myślimy, potem powiedzmy co dzieje się w naszym świecie emocjonalnym, jakie temu towarzyszą uczucia oraz na koniec podzielmy się intencją, jaka towarzyszy temu, że postanowiliśmy o tym porozmawiać.

Jak może wyglądać taka rozmowa?

To może wyglądać tak: Zauważyłam, że nie dotykamy się ostatnimi czasy, nie wymieniamy spojrzeń, myślę, że to może być wyrazem jakichś problemów, które odrywają uwagę od nas i koncentrują ją na zewnątrz naszego związku. Czuję się przygnębiona z tego powodu, na początku ogarniała mnie złość, teraz jestem tym dość mocno przybita, mówię to, bo zależy mi, aby było jak dawniej, kiedy posyłaliśmy sobie uśmiechy, czule głaskaliśmy przy byle okazji i mimo zagonienia i tych codziennych obowiązków wiedziałam wtedy, że jesteśmy blisko. To tylko przykład. Zauważyć możesz wszystko. Że wraca ostatnio później, że nie wyjechaliście od wielu miesięcy razem, bez dzieci, jak to mieliście w zwyczaju, że rzadziej się kochacie, że on nie uczestniczy w życiu rodziny, że ona spędza godziny w internecie. To wszystko można skomentować według wzorca: zauważyłam, myślę, czuję, potrzebuję. Reakcja partnera na ten rodzaj komunikatu będzie papierkiem lakmusowym związku. Zaprzeczenia, obrażanie się, zarzuty, mogą sygnalizować głębszy problem i większe oddalenie. Ta wiedza jest jednak lepsza, niż napięcie czy marazm i przyzwolenie na rozprzestrzeniającą się degrengoladę. Wtedy można podejmować kolejne kroki. Łącznie z tymi najważniejszymi. W moim pojęciu jest to deklaracja. „Ja chcę być z tobą. A ty? To popracujemy i doprowadźmy ten związek do miejsca, w którym będzie on dla nas opoką, nie problemem. Sami? Czy skorzystamy z pomocy?”. Pamięta pani, kiedy mówiłam o rozkroku? Czas dostawić nogę, bo ból jest już w punkcie krytycznym. Decyzja, wybór, zmaganie, szansa na lepiej, bardziej i pełniej. Definicja kryzysu w całej okazałości.

Da się go wykonać, jeśli jedno z partnerów nie jest gotowe lub nie chce współpracować? Do tanga wtedy trzeba naprawdę dwojga?

Być może będę niepopularna w swojej opinii, ale twierdzę, że kilka pierwszych kroków możemy wytańczyć same. Ile ich będzie, to sprawa znowu bardzo indywidualna. Te pierwsze ruchy to może być psychoedukacja, której zażywa jedno z partnerów. Może jakaś dobra pozycja książkowa, może jakiś warsztat dotyczący relacji, może własna terapia, może zwykła otwartość w mówieniu, o tym co boli wśród przyjaciół, rodziny. Potem stosowanie małych zmian tylko ze swojej strony. Uśmiech, dobre słowo, zainteresowanie drugim partnerem: jak twoja konferencja? Miałeś dobre wystąpienie? Widzę, że jesteś skonana, może napijesz się herbaty? Powoli, powoli powrót do kontaktu w pierwszej kolejności. Łagodność i rozumienie. Oczywiście, że jeśli to nie sprawi, że partner dołączy, to tanga nie będzie. Ale jestem pewna, że najpierw możemy same zakręcić biodrami, zanęcić i poczekać na pierwsze reakcje.

Kiedy kryzys wzmacnia związek?

Kryzys może działać jak szczepionka. Może zatem wzmocnić. Para po kryzysie ma doświadczenia, które uczą pielęgnowania związku, troski o niego. Jeśli są zadowoleni, dumni z tego, co udało im się, jako parze, osiągnąć wtedy rośnie świadomość wartości tego związku, świadomość tego, co mogli utracić. Nie ryzykowałabym jednak stwierdzenia, że kryzysy sprzyjają rozwojowi. Wiele par przez kryzys nie przechodzi, ten argument przeczyłyby tej tezie.

Różne badania pokazują, że pewną tendencją są dziś związki na pół gwizdka, w których partnerzy są ze sobą, ale jednocześnie zakładają, że nie będą się angażować na 100%, bo może za chwilę spotkają kogoś ciekawszego. Czy takie związki są w stanie coś nam dać? Stać się etapem w dochodzeniu do dojrzałego związku?

Tak, oczywiście.  Te związki są nam w stanie dać to, na co partnerzy w sposób niedojrzały i dziecinny są w stanie łaskawie się zgodzić: że będzie „miło”.  Akceptują aspekt „miło”, a „niemiło” odrzucają. Czy mogą stać się etapem? Nie mogą! Proszę zwrócić uwagę jakie to agresywne wobec innych ludzi. Taki model związku rozwija konsumpcyjną postawę wobec relacji, uczy egoizmu, jest oparty na manipulacji. Z tego nigdy nie zrodzi się nowy, lepszy związek.

Im głębsza więź partnerów, tym większa szansa pozytywnego wyjścia z kryzysu?

Tak, to bezwzględną prawidłowość. Jeśli ich związek ma różne spoiwa, to jeśli jedno połączenie się rozluźnia, inne ciągle trzymają. Dlatego związki oparte tylko na ekscytującym seksie, tylko na dzieleniu pasji, tylko na posiadaniu potomstwa czy prowadzeniu interesów muszą być związkami wątlejszymi od tych, które łączą wszystkie te aspekty na raz bądź przynajmniej kilka z nich. Ważna jest też ilość różnych wspólnych doświadczeń. Tych niecodziennych i tych tak zwykłych jak codzienne zakupy. Jeżeli pary często przebywały razem, np. razem czekali pod gabinetem lekarza na wieści o stanie zdrowia córki, po tym, jak spadła z roweru i rozbiła łuk brwiowy, razem wybierali płytki do kuchni, razem wypatrywali wyników testu ciążowego, razem chodzili do sklepu po bułki, to to jest związanie silne i taki związek nie powali byle dmuchnięcie, jak w tej bajce o trzech świnkach… W ten związek została włożona praca oraz on związany został różnymi emocjami, nie tylko przyjemnością, tym, że jest miło. Partnerzy razem się bali, razem się złościli, razem przeżywali smutki, melancholie, tęsknoty… Związki gdzie istotą jest hotelowy seks i bąbelki do kolacji, a mycie toalety i rozładowanie zmywarki są trzymane w osobnej „nie związkowej” kategorii, jest infantylną zabawą, niedojrzałą relacją.

A czy kryzys może cementować związek, być powodem, że trwa? Znam pary, które są w ciągłym konflikcie, ale nawet nie starają się go rozwiązać, za to nie potrafią też bez siebie żyć.

Tu mamy do czynienia nie z tym, że to kryzys cementuje związek tylko, że związek jest napędzany przez konflikt. Pary potrzebują intensywności, pewnego rodzaju podniecenia, które nadaje tej relacji smak. Znajdują to w walce. To niebezpieczne. Kiedy burze przechodzą para czuje się zagubiona, szuka kolejnej afery. Proszę jednak pamiętać, że to jest w jakiś sposób jednak wyniszczające, nadużywające. Proszę zauważyć, że w ujęciu psychologicznym mamy tu jednak do czynienia z masochistyczno-sadystycznym tańcem, rodzajem uwikłania. Raz mam krzywdę, raz mam winę, raz ofiarą, a raz katem… Jeśli to sens tego związku, partnerzy ani myślą rozwiązać konflikt. Czym by się zajmowali, gdyby problemy ustały i można by wreszcie pogapić się na deszcz, pomilczeć, pomyśleć, a potem po prostu przytulić? To mogłoby w nich wywołać przerażenie. Ziemia nieznana.

Jakie mogą być korzyści z życia w kryzysie?

Myślę, że czas na wyraźne rozdzielenie kryzysu od konfliktu. Pary nie mogą trwać w kryzysie bo on jest rodzajem ambiwalencji, proszę sobie wyobrazić to stanie w dość dużym rozkroku – chwilę tak wytrzymamy, potem jedną albo drugą nogę trzeba dostawić. I to jest wyjście z kryzysu. Przypominam, że to wybór, decydowanie, to nie może być stan permanentny. W odróżnieniu od konfliktu. Ten, jak już wspomniałam, może być siłą napędową związku, dlatego korzyści są oczywiste. Zawsze z przedłużającej się sytuacji czerpiemy zyski, tak zwane wtórne. One mogą być różne, to będzie kwestia indywidualna dla każdej pary inna.

Kiedy warto powiedzieć sobie – koniec? Wiele osób uważa, że dziś zbyt szybko odpuszczamy, za mało walczymy o relacje i o związki.

Tak, czasem nawet nie staramy się podjąć żadnych kroków. Kiedy koniec? To bardzo indywidualne. Warto ustalić ze sobą, zdać sobie sprawę do czego się zmierza, po czym się pozna, że jest inaczej, lepiej. Czyli znaleźć wyraźny punkt odniesienia. Po czym poznamy, że zdrowiejemy w związku? Wyznaczyć sobie kilka kryteriów i to najlepiej w różnych obszarach. Kiedy się nie zbliżamy, do tych pożądanych sytuacji, kiedy nie osiągamy tych wyznaczonych punktów, pomimo pracy, wysiłku i starań… może trzeba odpuścić? Spojrzenie wstecz też może być dobrą odpowiedzią, na pytanie, czy to skończyć. Co za nami? Przeszłość będzie tu rodzajem potencjału, który ten związek niezaprzeczalnie posiada.

Związek, który nie przetrwał kryzysu może być dla nas cenny na przyszłość? Czego pozwala nam się o nas dowiedzieć?

Może i to bardzo. Doświadczenie bycia w związku pozwala nam się dowiedzieć właściwie wszystkiego, czego nam trzeba, aby stworzyć inny dobry związek. To, że pozwala, nie znaczy, że z tej wiedzy skorzystamy. Przykrym jest fakt, że wiele osób, mimo wiedzy, powtórzy schemat związku, który nie przetrwał. To dobry moment na przyjrzenie się sobie. Jaki był mój udział w rozpadzie tego związku, jak wpłynęłam na to, że nie przetrwał. Już słyszę zarzuty: „No tak, znowu ja winna”. Nie. Nie chodzi o winę, ale o świadomość, że zdrowy związek zaczyna się od ciebie, a to co z niego na końcu zostaje wypracowały obie strony. Na relacje pracują oboje partnerzy. Dlatego taki nieudany związek może skłonić nas do pracy nad sobą. Być może miałyśmy potrzebę, aby ktoś się nami zaopiekował, bo brakowało nam rodzica. Być może, to my potrzebowałyśmy kogoś, kim można się zaopiekować i nie przyszło nam do głowy, że realizujemy swoją potrzebę dominacji. Być może podświadomie realizujemy rodzaj dziedzictwa i będąc w dzieciństwie odrzucaną „szukamy” odrzucenia, bo taki jest nasz wzór relacji. Być może jest w nas szczypta, bądź więcej, masochizmu i „poszukujemy” w związku możliwości poświęcania się, co oczywiście dzieje się na głębokim podświadomym poziomie i w warstwie świadomej na pewno nam się nie spodoba i będziemy cierpieć. Najgorsza postawa, jaką możemy przyjąć po nieudanym związku to: źle trafiłam. Nie trafiamy na mężczyzn jak na prawdziwki w lesie lub na wymiętą stówę w galerii handlowej. My ich wybieramy.

Jest jakaś jedna, uniwersalna recepta na kryzys w związku?

Jest pewnie wiele. Jeśli mam wybrać jedną, jest nią gotowość przyjęcia innej perspektywy, dopuszczenie, że z tamtej pozycji to wygląda inaczej.

A warto polubić się z kryzysami? Potraktować je raczej jako informację i szansę na ulepszenie relacji niż jako problem?

Polubić kryzysy? Odważne. Traktować jak informację zwrotną, szansę? Zbawienne.

***

Justyna Dworczyk – trenerka, coach, mówca, wykładowca, autorka warsztatów Ta, Która Wie. Integrując różne podejścia – coachingowe i terapeutyczne towarzyszy ludziom w zmianie. Pomaga poprawić jakość życia przez uzdrowienie relacji rodzinnych, partnerskich, biznesowych. Kieruje się tezą, że dobre relacje to szczęśliwe życie.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!

[mc4wp_form]

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij