Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Jestem kobietą i nie zawaham się tego użyć – rozmowa z Ałbeną Grabowską

Jestem kobietą i nie zawaham się tego użyć – rozmowa z Ałbeną Grabowską

Jak wykorzystać swoją kobiecość?
Ałbena Grabowska, Fot. Rafał Masłow

 

Swoje imię zawdzięcza bułgarskim przodkom – Ałbena oznacza kwitnącą jabłoń. Co jeszcze warto wiedzieć o popularnej pisarce?

Piękna i delikatna ma w sobie niezwykle pokłady siły i energii. Takie też są jej bohaterki – silne, niezależne, z odwagą stawiają czoła życiowym wyzwaniom. Do niedawna znana była głównie jako ceniona neurolożka. Dziś zdobywa coraz większą popularność jako autorka bestsellerowych powieści. Nam Ałbena Grabowska opowiada o tym, dlaczego kobiety zakochały się w „Stuleciu Winnych”, gdzie rodzą się emocje, dlaczego solidarność kobiet jest dziś tak ważna i czy czuje się czasem jak bohaterka własnej powieści.

Niedawno ukazała się trzecia część “Stulecia Winnych”, która domyka sagę rodziny Winnych. Co poczułaś, kiedy zobaczyłaś ją na półkach księgarskich?

Poczułam ogromną ulgę i satysfakcję. Zdałam sobie sprawę jak ogromną pracę wykonałam w zaledwie jeden rok, jak wielką dyscyplinę sobie narzuciłam i ile emocji włożyłam w tworzenie postaci i wpasowania fabuły w tło historyczne. Dopiero, kiedy zobaczyłam trzy części obok siebie stojące na stoliku w księgarni pomyślałam, że to zrobiłam. Udało się. Są i zabawne sytuacje związane z widokiem książki na półce czy stoliku księgarskim. Ostatnio na Dworcu Centralnym starsza pani prawie mnie staranowała biegnąc po III tom „Stulecia”. Potem słyszałam jak narzeka, że nie ma I tomu i utyskuje: „Jeśli się sprzedał to znaczy, że trzeba więcej zamówić. Wiadomo, że taka książka się sprzeda”. Zanim się odezwałam, poszła sobie, a ja pożałowałam, że nie zaproponowałam dedykacji, czy choćby nie zagadnęłam.

Nie zaszufladkowałabym Twoich powieści jako tzw. literatury kobiecej, a jednak w tym cyklu zakochały się przede wszystkim kobiety. Pisałaś z myślą o kobiecym czytelniku?

Nie, nie pisałam tylko dla kobiet, ani przede wszystkim dla nich. W Polsce po książki sięgają częściej kobiety, zwłaszcza po powieści. Mężczyźni preferują literaturę faktu i biografie. Powieści czytają rzadziej. Mam wrażenie, że większość mężczyzn, która przeczytała „Stulecie”, sięgnęła po książkę za namową żony czy dziewczyny, która właśnie skończyła powieść i przekonała męża, że warto spróbować.

Jedna z internautek napisała: “Historia sercem pisana i prosto w serce trafiająca” – myślisz, że to jeden z powodów sukcesu tej książki? Kobiety czytają bardziej emocjami takie historie?

Kobiety bardziej zwracają uwagę na emocje zawarte w książkach, na to, co dzieje się między ludźmi, niekoniecznie mam tu na myśli relacje męsko-damskie. Mężczyźni zaczynają od porządkowania faktów, dopiero później kierują swoją uwagę na relacje, na końcu dopiero na emocje. Wątki romansowe czasami uważają wręcz za zbędne, chociaż doceniają urodę i zmienność języka, sposób opisywania uczuć w różnych epokach. Co do pisania sercem, to jako neurolog chciałabym podkreślić, że fabuła i emocje powstają w mózgu [śmiech]. Jest to więc historia pisana mózgiem, ale powstała w tej jego części, która odpowiada za emocje, czyli w płacie skroniowym. Bardzo wzruszają mnie takie słowa. Podobnie, kiedy słyszę, że ktoś płakał czytając moją książkę, albo wzruszył się, czy nie mógł powstrzymać śmiechu, a był właśnie w miejscu publicznym. Sama płakałam nad książką kilka razy, m.in. podczas czytania „Nędzników” i wiem, jak trudno jest wzruszyć czytelnika.

Które z opisywanych w III części doświadczeń i wydarzeń były Ci najbliższe?

Trzecia część pełna jest moich autentycznych wspomnień. Choćby wizyty w sklepiku „U Celestynki” i marzenia o żelkach misiach, które sprzedawano tam detalicznie za skandalicznie wysoką cenę. Nigdy nie mogłam sobie pozwolić na jednego nawet cukierka. Historia o strzelaniu do lizaków na strzelnicy też jest autentyczna. Poprosiłam mojego ojca, żeby mi ustrzelił lizaka. Była połowa miesiąca, więc po przydziałowych 100 gramach cukierków czekoladopodobnych nie było już nawet wspomnienia. Strasznie chciałam zjeść coś słodkiego. Ojciec na szczęście trafił w zapałkę i dostałam lizaka. Był okropnie słodki i kleił się niemiłosiernie. Inna prawdziwa historia to mecze koszykówki i klasa sportowa, do której osobiście chodziłam. Uwielbiałam „kosza”, więc Jula i Ula też grają. Najważniejsze wspomnienie utrwalone w książce to jednak 1 lipca 1995 roku, czyli dzień ślubu Julii. W tym samym dniu ja również brałam ślub.

Kiedy Cię słucham, mam wrażenie, że jesteś niezwykle skromną osobą, która do swojego sukcesu podchodzi z dystansem – cieszysz się tym, co osiągnęłaś, czy raczej skupiasz się już na kolejnych celach?

Ogromnie się cieszę z tego, co osiągnęłam. Zawsze bardzo ciężko pracowałam na to, czym teraz mogę się pochwalić, ale prawdą jest także to, że miałam i mam szczęście. Jest wiele osób, które bardzo się starają, wkładają w to, co robią ogromny wysiłek, wychodzą z tego dobre, wartościowe rzeczy, ale gdzieś po drodze braknie im szczęścia. Nie zapominam o tym, dlatego pewnie nie ma we mnie zarozumiałości, a jest dużo pokory. Nigdy nie powiem, że „jak bym chciała, to bym to czy tamto zrobiła”. Zwyczajnie, jeśli chcę, siadam i robię mając nadzieję, że nie będzie to praca, która pójdzie na marne. Co do skromności, uważam, że to bardzo wartościowa cecha. Wprawdzie dziś nie takie czasy, żeby siedzieć w kącie, bo mogą nas nie znaleźć, ale warto z tego kąta wychodzić z klasą i nie z pustymi rękoma. Skupiam się także na kolejnych celach. Po skończeniu III tomu, od dwóch miesięcy odpoczywam. Podziwiam pisarki, które natychmiast zaczynają kolejną książkę. Ja muszę chwilę ochłonąć.

Twoje książki wypełniają niezwykle silne postaci kobiece, które muszą poradzić sobie z najbardziej ekstremalnymi sytuacjami życiowymi. Jaką rolę w ich życiu pełnią mężczyźni?

Moje bohaterki chciałyby mieć przy sobie silnych mężczyzn, na których mogłyby się oprzeć. Niektórzy mężczyźni w moich powieściach tacy są. Odporni psychicznie, odpowiedzialni, chociaż łatwo nie mieli w życiu, jak Michał i Ryszard, drudzy mężowie Ani i Mani. Moje bohaterki chcą być kochane, jak my wszystkie, ale też nie czekają na książąt na białych koniach. Same biorą sprawy w swoje ręce. Nawet te dobre bohaterki w jakiś sposób kierują albo manipulują swoimi partnerami, żeby mieć z nich największy pożytek. Tak robi Bronia, Ania z Manią, Julia i Ula, nie mówiąc już o Władzi. Basia ma związek bardziej partnerki, ale już mężczyźni w życiu Kasi pogłębiają jej chaos i wewnętrzne rozedrganie. Mam wrażenie, że nie stworzyłam jeszcze żadnego samodzielnego męskiego bohatera. Wszyscy są mężami, ojcami, braćmi lub kochankami kobiet. Przy każdym stawiam kobietę, która określa ich w powieści.

Czujesz się czasem jak bohaterka własnej książki?

Czasami tak się właśnie czuję. Jakbym miała nieograniczone możliwości, albo przeciwnie, jak uwięziona w mojej własnej historii. Tak czułam się pisząc scenę ślubu Julii. Mój ślub był inny, skończył się też inaczej niż jej. Musiałam bardzo się pilnować, żeby nagle nie stać się Julią i nie dać jej własnych cech charakteru, nie napisać tej sceny przez pryzmat własnych doświadczeń, z perspektywy tych 20 lat, które minęły od tamtego dnia. Tę scenę poprawiałam najwięcej, przestawałam mieć dystans.

Byłam ostatnio na kilku spotkaniach biznesowych, na których prym wiodły kobiety – były szefami projektów, zespołów. Niektóre zespoły zbudowane były wyłącznie z kobiet. Były wśród nich młode dziewczyny, dojrzałe kobiety, matki (często samotne), żony, singielki. Cały przekrój fantastycznych kobiet. Miałam poczucie, że jestem świadkiem uwalniania się niezwykłego kobiecego potencjału. Też dostrzegasz to, że coraz śmielej i odważniej sięgamy po swoje marzenia i realizujemy cele?

Widzę to i cieszę się, kiedy jestem świadkiem uwalniania się kobiet z ról narzuconych im często przez siebie same. Jeszcze niedawno przepraszałyśmy za to, że nasze cele lokalizowałyśmy poza rodziną. Jeśli chciałyśmy czegoś więcej niż bycia dobrymi matkami i żonami, byłyśmy postrzegane jako dziwne, albo „feministki”, czyli dziwolągi, które walczą z własną biologią. Same miałyśmy z tego powodu wyrzuty sumienia i czułyśmy się źle. Niektóre z nas, ja także, próbowały być doskonałe, udowodnić rodzinie i sobie samym, że damy radę pogodzić wszystkie role, zwykle bez wsparcia, często rezygnując z siebie samych. Na szczęście postrzeganie roli kobiety w społeczeństwie zaczyna się zmieniać. Same rozumiemy, że mamy prawo do realizacji swoich planów, marzeń. To nie są rzeczy zarezerwowane dla mężczyzn, tylko dla osób, które takie marzenia i cele mają. Jednym słowem: jestem kobietą i nie zawaham się tego użyć.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ: BĄDŹ DLA SIEBIE NAJWAŻNIEJSZA. WYWIAD Z KATARZYNĄ MILLER

To jest dobry czas dla kobiet w Polsce?

Zaczyna być dobry. Szczególnie dla kobiet z większych miast. Te w małych miastach ciągle muszą udowadniać, że nie stoją na straconej pozycji. Mamy urlopy tacierzyńskie. Coraz więcej mężczyzn widzi w nas partnerki, ba, nawet zdarza się niektórym podziwiać to, co robimy, są z nas dumni i wspierają na każdym kroku. Ostatnio rozmawiałam z terapeutą mojego synka, który odchodzi z pracy i żegna się z nami. Byłam przekonana, że idzie do kliniki, albo do prywatnej przychodni, bo jest świetny w swoim fachu. Jakieś było moje zdumienie, kiedy powiedział, że żona wraca do pracy po urodzeniu dziecka, będzie robiła doktorat, więc on zostaje w domu z dzieckiem. Myślę, że takich mężczyzn będzie w Polsce coraz więcej.

Bierzesz udział w projekcie „Solidarność kobiet ma Sens”. Czym właściwie jest dziś solidarność kobiet?

To była bardzo ważna akcja, mam nadzieję, że corocznie będzie powtarzana. Chodziło o to, żebyśmy podawały sobie rękę, a nie walczyły między sobą. Przez pryzmat naszych doświadczeń, trudności z jakimi spotykamy się na co dzień, powinnyśmy wspierać się wzajemnie. Warto sobie przypomnieć rodziny wielopokoleniowe, znamy je z dzieciństwa. Wspierała nas mama, ją z kolei babcia. Teraz mamy często pracują, ba, nawet babcie są aktywne zawodowo, czy kończą uniwersytet trzeciego wieku. Więzi i wsparcie między kobietami w dziwny sposób zanikają. Mimo wszystko przyjmijmy rady matek, babć, przyjaciółek. Inna kobieta zawsze nas lepiej zrozumie, niż mężczyzna. Inna sprawa to mentorki. Często w naszym życiu zawodowym były kobiety, które wszystkiego nas nauczyły, wyciągnęły do nas rękę, podzieliły się doświadczeniem. Spróbujmy oddać to innej kobiecie, a nie traktować jej jak potencjalną rywalkę. Nawet, jeśli źle nas potraktowano, nie róbmy tego samego, zachowajmy się tak, jakbyśmy same tego oczekiwały. Apelowałyśmy właśnie o te aspekty solidarności.

Wiem z własnego doświadczenia, jak strasznie trudna jest zmiana – życiowa, zawodowa. Dla kobiet często najtrudniejszy do pokonania jest lęk – czy sobie poradzę, jak mnie ocenią inni, itd. Miałaś podobne doświadczenia?

Lęk bywa dobry, ponieważ trzyma nas w ryzach. Jest takie powiedzenie „lepsze jest wrogiem dobrego”. Przychodzi jedna taki moment, że nie możemy już tkwić w starym, ponieważ to nas niszczy. Pragnienie zmiany nie bierze się znikąd, nie z nudów, czy braku nowych pomysłów, jest zawsze pokłosiem głębokiego kryzysu tożsamości, albo związku. Paradoksalnie kryzys napędza chęć zmiany. Jest momentem w którym można przewartościować niektóre wartości, uwolnić się z okowów schematycznego myślenia czy stereotypowego postępowania. Na początku jest bardzo trudno. Wszyscy wydają się być przeciwko nam, rodzice, nawet przyjaciele doradzają, żeby pozostać w bezpiecznym „starym”. Lęk, „jak sobie poradzę, czy starczy mi sił, co powiedzą inni”, jest bardzo silny. Ci, co chcą ciągnąć nas dalej w dół wykorzystują tę sytuację i próbują nami manipulować. Często świadomość, że zostanie się bez środków do życia jest paraliżująca. Poczucie winy, że się coś lub kogoś niszczy jest ogromnym obciążeniem psychicznym. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy pozostając w tym samym miejscu my sami nie zostaniemy zniszczeni.

Jak sobie z tym poradziłaś?

Dwukrotnie zmieniałam całe swoje życie. Pierwszy raz, gdy odchodziłam z pracy w klinice do zwykłego szpitala. Nie była to do końca moja decyzja, ale wzięłam całkowitą odpowiedzialność za złożone wymówienie. Gdybym tego nie zrobiła, nie rozmawiałybyśmy dziś, ponieważ nie napisałabym żadnej z moich książek. Druga decyzja była już moja, ale ogromnie trudna, bo to zmiana statusu rodzinnego. Tu było jeszcze gorzej, bo brałam odpowiedzialność finansową, a w dodatku zmagałam się z ogromnym poczuciem winy. Towarzyszył mi lęk, wszelkie obawy, długo nie mogłam pozbyć się poczucia, że zniszczyłam kogoś, relację, ale w końcu poczułam, że jestem sobą, mogę mówić „ja” i czuć, że to „ja” jest ważne.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!