Sukces Pisany Szminką platforma pierwszego wyboru dla kobiet

Portal wiedzy i najnowsze trendy ze świata biznesu, start-upów, finansów oraz kobiecej przedsiębiorczości

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
Wydobyć piękno z każdej kobiety

Wydobyć piękno z każdej kobiety

Kasia Pastwa
Kasia Pastwa

Przez ponad rok bezskutecznie szukała pracy. Zamiast się poddać, założyła firmę. Dziś Vanilla night&day obecna jest w 22 krajach na świecie. Jaka była droga do sukcesu Kasi Pastwy?

Paryż, Rzym, Szanghaj, Dubaj, Warszawa – bielizna nocna marki Vanilla night&day pojawia się w sypialniach na całym świecie. Projektowana i produkowana jest w odrestaurowanej fabryce w Łodzi. A wszystko zaczęło się od kryzysu i straty pracy. O tym, że nigdy nie jest za późno, żeby założyć, rozwinąć firmę i odnieść sukces rozmawiamy z Kasią Pastwą, założycielką Vanilla night&day i finalistką konkursu Bizneswoman Roku.

Dagny Kurdwanowska: Jak to się stało, że absolwentka informatyki zaczęła projektować i szyć bieliznę?

Katarzyna Pastwa: Vanilla night&day założyłam w 2006 r. Wcześniej, prowadziliśmy z mężem dużą hurtownię bielizny. Jeździłam wtedy sporo na międzynarodowe targi, spotykałam się z dostawcami i obserwowałam trendy. Oglądałam bieliznę, która była wówczas dostępna na zachodzie i widziałam jak bardzo różni się od tego, co było w polskich sklepach. A wybór u nas był raczej marny. Dobrze uszyta bielizna nocna była droga i ekskluzywna. Przeciętnej Polki nie było na nią stać. W zwykłych sklepach dominowała bielizna tańsza, ale za to tandetna i źle zaprojektowana. Była jedna polska firma, która szyła bieliznę na zachodnim poziomie. Reszta firm stawiała na tanie piżamki. Śmialiśmy się, że do wyboru były albo modele szpitalne albo infantylne – z Myszką Miki.

Pamiętam te workowate koszule nocne, w których nawet najseksowniejsza modelka nie miała szansy wyglądać kobieco.

Już wtedy starałam się ściągać modele, które były inne i w których kobieta mogła się czuć bardziej kobieco. Być może robiłabym to do dziś, ale przyszedł krach, duże różnice kursów walut i firma nie dała rady. Straciliśmy wszystko, a ja przez rok bezskutecznie szukałam pracy. Próbowałam wszystkiego, jeździłam na rozmowy, ale że byłam wówczas kobietą po czterdziestce, pracy dla mnie było. W końcu zatrudniono mnie w firmie szyjącej odzież sportową, ale zrozumiałam, że po tylu latach samodzielnej pracy, praca u kogoś to nie dla mnie. I wtedy pojawił się pomysł, żeby już nie tylko sprzedawać bieliznę nocną, ale i samemu ją szyć.

Sprzedaż bielizny, a jej szycie i projektowanie to przecież dwa różne światy. Kto projektował pierwsze modele?

Na początku projektowałam sama. Od zawsze lubiłam prace plastyczne, miałam do tego smykałkę. Sama szyłam sobie sukienki, polowałam na wykroje z Burdy. Praca w firmie szyjącej odzież sportową dała mi wiedzę na temat kwestii technicznych. Dzięki temu, że jeździłam regularnie na targi znałam nie tylko trendy, ale i materiały, z których szyto bieliznę na świecie. Miałam dobre wyczucie, co do czego pasuje i projektowanie przyszło naturalnie. Dopiero po dwóch latach, kiedy firma zaczęła się rozwijać zaczęłam współpracować z projektantami.

Jakie były te pierwsze modele?

W pierwszym katalogu znalazły się na przykład modele szyte z płótna włoskiego. Do tego koronkowe, delikatne koszulki. Nie bałam się też łączyć materiałów. Dziś jest to standardem, ale 10 lat temu to była nowość. Na tle konkurencji od razu wyróżnialiśmy się więc wzorami i materiałami. Bardzo dbaliśmy także o sposób pakowania naszej bielizny. Wszystko od samego początku było spójne i kobiece.

Jaki cel postawiła Pani sobie na początku, gdy firma dopiero powstawała?

Właściwie od początku założyłam sobie, że w naszych piżamach kobieta będzie mogła czuć się wyjątkowo także wieczorem, będzie mogła w nich czarować kobiecością, czuć się wygodnie a w razie potrzeby otworzyć drzwi listonoszowi i się nie wstydzić. Postrzegałam ją jako lepsze ubranie dla kobiet do sypialni. Eksperymentowaliśmy przez chwilę także z bielizną męską, ale ani ja nie miałam do tego przekonania, ani rynek. Za to w kwestii dobrej i pięknej bielizny nocnej dla kobiet była luka, którą chciałam zapełnić.

A nie miała Pani obaw, że skoro rynek zalany jest bielizną niezbyt wyszukaną, ta ładniejsza i lepszej jakości się nie przyjmie?

Szczerze mówiąc, nie przyszło mi to do głowy. Od początku, kiedy pokazywałam pierwsze wzory, dostawałam bardzo pozytywne recenzje, więc raczej nie miałam takich obaw. Szybko pozyskałam klientów. Szło tak dobrze, że w pewnym momencie nie wyrabiałam z produkcją. Miesięcznie zamawiano ok. 700 sztuk. Jak dla małej firmy, którą wówczas była Vanilla to było dużo, ale dało nam możliwość szybszego rozwoju. Dziś produkujemy tysiące sztuk miesięcznie.

I jesteście obecni w 22 krajach na świecie. Vanilla od początku miała być marką międzynarodową, czy ta wizja przyszła z czasem?

Taki plan miałam od początku, ale nie od razu udało się go zrealizować. Przeszkodą były oczywiście finanse. 2006 rok to nie był jeszcze czas start-upów, inkubatorów przedsiębiorczości. Żaden bank wtedy nie chciał dawać kredytów na rozwój firmy, która nie funkcjonowała na rynku przynajmniej rok. Środki na rozpoczęcie działalności zebrałam, pożyczając pieniądze od wszystkich znajomych, którzy byli nam wówczas skłonni pomóc. Dopiero po czterech latach pojechałam na pierwsze duże zagraniczne targi – do Paryża. Stać mnie było tylko na małe, skromne stoisko. Ale w biznesie tak bywa, że poza wizją, strategią i środkami trzeba mieć też trochę szczęścia. W Paryżu do stoiska Vanilli podszedł przedstawiciel prestiżowego domu towarowego z Arabii Saudyjskiej. Współpraca z nim otworzyła nam kolejne drzwi w tamtym regionie. W Emiratach Arabskich mamy w tej chwili klienta, który w każdym dużym centrum handlowym otwiera salon z bielizną, a my zajmujemy w nim ok. 1/3 sklepu. Kolejny duży sukces przyszedł w 2011 roku na targach w Birmingham. Anglikom bardzo spodobała się nasza jakość, wzornictwo i ceny. Okazało się, że dla nich produkty z Polski były synonimem jakości.

To było zaskoczenie?

Tak, ale pozytywne. Wszyscy nas przestrzegali, że Anglicy są bardzo kapryśni i do tej pory żadnemu polskiemu producentowi nie udało się tam zaistnieć. Faktycznie tak było, ale w branży tradycyjnej bielizny. Problem polegał na tym, że Angielki noszą duże rozmiary i polskie biustonosze zupełnie im nie pasowały. Inaczej było z bielizna nocną. Od razu pozyskaliśmy dobrego agenta. Od tamtego czasu regularnie jeździmy i do Paryża, i do Birmingham.

Czym wygrywacie z innymi firmami?

Przede wszystkim jakością i wzornictwem. Jesteśmy postrzegani jako marka Slow Fashion. Stawiamy na autorskie, dopracowane i kobiece projekty. Projektując staramy się nawet nie zaglądać do katalogów konkurencji, żeby się przypadkiem czymś nie zasugerować. Wspólnie z moją projektantką, Pauliną, rozkładamy surowce, oglądamy materiały i wspólnie zastanawiamy się, co do czego będzie najlepiej pasować.

Łatwo było znaleźć projektantkę, która zrozumie Pani wizję?

Przyznaję, że nie. Paulina była kolejną osobą, która przyszła do firmy. Wcześniej pracowałam z projektantkami, które miały doświadczenie w szyciu bielizny. Okazało się jednak, że mają także swoją manierę projektowania, którą przenosiły z firmy do firmy. To mi nie odpowiadało, bo chciałam tworzyć własne wzory. Wtedy wpadłam na pomysł, żeby o pomoc poprosić łódzką ASP. Uczelnia podesłała mi kilku zdolnych studentów – wśród nich była też Paulina. Z nią pracowało mi się najlepiej, bo widać było, że cały czas słucha. Dzięki temu jesteśmy w stanie się porozumieć. Pracujemy razem już trzy laty i coraz lepiej się rozumiemy. Paulina coraz więcej wie o rynku i coraz lepiej go czuje. A z ASP współpracujemy dalej przy różnych naszych biznesowych, i nie tylko, projektach.

To porozumienie jest kluczem do dobrej współpracy projektanta i biznesmena?

Oczywiście, że tak. Pracujemy twórczo, to musi być także radość i przyjemność.

W Pani firmie pracują głównie kobiety?

Mamy zespół mieszany. Zatrudniamy sporo mężczyzn.

Różnorodność płci, opinii i punktów widzenia pomaga zbudować silniejszy zespół?

Zdecydowanie tak. Sama różnica charakterów oraz płci już dużo daje. Bardzo cenię sobie pracę z moim mężem, z którym tworzymy zawodowy tandem od lat. On mnie trochę stopuje, gdy zaczynają górę brać emocje. Na wiele rzeczy patrzy z większym dystansem. Uczę się od niego, że czasem lepiej odczekać chwilę z podjęciem decyzji.

Dużo mówi się o tym, że liderami przyszłości będą te firmy, za którymi stoją nie tylko strategia i pieniądze, ale także wartości.

Cieszę się, że to pani mówi, bo ja zawsze byłam za taką właśnie wizją biznesu. Dla mnie zawsze ważni byli przede wszystkim ludzie. Teraz obchodziliśmy 10-lecie firmy. Świętowaliśmy wszyscy razem. Widać, jak bardzo pracownicy zżyli się ze sobą i jak dobre relacje napędzają entuzjazm do wspólnej realizacji kolejnych projektów. Jestem z tego bardzo duma.

To są specjalne okazje. A jak wygląda dbanie o pracownika na co dzień?

Za każdym razem, staram się stawiać siebie na miejscu drugiej osoby. Dla mnie niezwykle ważne jest, żeby widzieć człowieka, a nie tylko osobę, która wykonała jakieś zadanie. Znacznie więcej można osiągnąć, gdy ludzi się szanuje. W ten sposób łatwiej wydobyć drzemiący w nich potencjał. W pracy jest tak jak w życiu – im więcej komuś dajesz, tym więcej dostajesz. A relacje są podstawą zarówno w domu jak i w pracy. Bardzo mi zależy, żeby ludziom w mojej firmie było dobrze.

Marek Śliboda, twórca i szef firmy Marco powiedział w wywiadzie u nas, że liderem będzie ten, kto potrafi się dzielić.

Właśnie o tym mówię – takie podejście jest mi bardzo bliskie. Czasem się ze mnie śmieją, bo zimą na przykład potrafię przynieść pracownikom imbir, żeby utarli go sobie do herbaty i się wzmacniali. Poprzez takie drobiazgi tworzymy dobre relacje w zespole.

Markę buduje cały zespół, nie tylko lider?

Oczywiście. Wszyscy na nią pracujemy i wszyscy równie ciężko. I powiem szczerze, że nie każdy jest na tę ciężką pracę gotowy. Mam duży problem z pozyskiwaniem nowych pracowników. Jedną grupą są szwaczki, ale tu kłopotem jest nie motywacja, a likwidacja szkół zawodowych i brak osób z konkretnymi umiejętnościami. Drugą grupą są pracownicy biurowi. Współpracuję z urzędem pracy i często zdarza mi się, że przychodzą osoby bezrobotne, ale okazuje się, że nie chcą pracy – potrzebują tylko pieczątki, że się nie nadają, żeby dalej pobierać zasiłek. Bywa i tak, że ktoś przychodzi do nas pracować z myślą o tym, że posiedzi osiem godzin przed komputerem, napije się kawy i o godzinie 16 pójdzie do domu. A tak się nie da. Zwłaszcza, gdy zbliżają się targi i pracujemy bardzo dużo, żeby wszystko przygotować. Stworzenie zdeterminowanego, efektywnego zespołu, w którym udaje się jeszcze budować i utrzymywać dobre relacje to naprawdę duża sztuka. Mam szczęście, bo czuję, że to mi się udało.

Mówiła Pani o szacunku, o dostrzeganiu innego człowieka – jakie jeszcze wartości stoją za marką Vanilla?

Wydobywanie piękna z tego, co robimy i z kobiet. Uważam, że wszystkie kobiety są piękne, tylko czasem o tym zapominają. Bywają zagonione, zaszczute życiem i nie zawsze pamiętają, żeby dbać o siebie.

No właśnie, dbamy o to, żeby ładnie ubrać się do pracy, ale już w sypialni zakładamy pierwszy lepszy t-shirt.

W Polsce panuje przekonanie, że bielizna nocna nie jest ważna. W budżecie domowym jest na szarym końcu. To błąd, bo mamy zupełnie inne samopoczucie, gdy założymy na siebie wygnieciony t-shirt, a inne, gdy założymy elegancką, dobrze uszytą koszulkę lub piżamę. Przyjemniej idzie się spać, gdy mamy na sobie coś ładnego. Przyjemniej też się wstaje, gdy od razu po przebudzeniu czujemy się piękne, zadbane. Zaczynamy wówczas dzień z zupełnie inną energią.

Dlatego pełna nazwa Pani marki to Vanilla night & day?

Tak, ponieważ tworzymy bieliznę, w której kobieta będzie czuła się komfortowo w łóżku, ale także o poranku, szykując się do pracy. Można siedzieć w niej na tarasie, popijając kawę, jedząc wspólne śniadanie z bliskimi.

Wspomina Pani o naszym zagonieniu. Sama także jest Pani mamą, w tej chwili już dorosłych dzieci. Jakie ma Pani doświadczenia z godzeniem ról – kobiety biznesu, która rozwija firmę i mamy, która dla dzieci musi być po prostu mamą?

To zawsze jest kwestia priorytetów. Jestem kobietą, która absolutnie nie goni za pieniędzmi i karierą. Zawsze starałam się więc te role jakoś równoważyć, ale rodzina była i jest dla mnie największą wartością. Kiedy zaczynałam prowadzić firmę najmłodsze dziecko miało 11 lat. Teraz wszystkie są już dorosłe i samodzielne, a mój syn od trzech lat pracuje w naszej firmie.

Zaczynała Pani tworzyć firmę jako kobieta, która miała już za sobą sporo doświadczeń zawodowych. Taki bagaż pomaga czy przeszkadza?

Zdecydowanie pomaga, bo wszystkie doświadczenia były cenne, Chyba najbardziej przydała mi się wiedza, że nie wolno zrażać się porażkami. Nie ma firmy, w której właściciel lub menadżer nie popełnia błędów. Po drodze pojawia się mnóstwo potknięć, problemów, porażek, ale one nie powinny nas powstrzymywać przed tym, żeby iść dalej. Trzeba z nich wyciągnąć wnioski i działać. Myślę, że kiedy jest się młodszym człowiekiem przychodzi to trudniej.

Z drugiej strony wiele kobiet boi się, bo uważają, że jest już za późno na stworzenie czegoś własnego. Mają czterdzieści kilka lat, straciły pracę lub są na zawodowym zakręcie i sądzą, że przegapiły swoją szansę.

Sądzę, że taki lęk i zagubienie dotyczy w równym stopniu kobiet, co i mężczyzn. Wiele zależy od charakteru po prostu. Ja zawsze lubiłam wyzwania. Nie boję się podejmować decyzji i za nie odpowiadać. To cecha, którą ktoś, kto prowadzi firmę musi mieć. Jeśli się nie jest gotowym na branie odpowiedzialności i ryzyko z tym związane, lepiej nie iść do biznesu. Ale jeśli mamy w sobie chęć budowania czegoś, wizję, umiejętność podejmowania decyzji, to nigdy nie jest za późno. Jestem tego najlepszym przykładem.

Co by Pani poradziła kobiecie, która właśnie zdecydowała się założenie firmy i jest na początku tej drogi, na którą Pani weszła w 2006 roku.

Po pierwsze nie bać się. Jeśli mamy cel, to działajmy. Mając cel cały czas przed oczami, nawet gdy gdzieś się zboczy, odniesie jakąś porażkę, to łatwiej będzie wrócić i dalej iść swoją drogą. Po drugie, trzeba cały czas iść do przodu, nie dając się przeciwnościom. Po trzecie, nie można zapomnieć, że poza posiadaniem wizji i chęci, trzeba bardzo dokładnie przeanalizować rynek i zadbać o sferę finansową. Dobry pomysł nie wystarczy, jeśli nie ma na niego popytu lub jest dużo innych firm, które proponują podobny produkt do naszego. Zawsze jest jakaś nisza, którą można zagospodarować.

Czyli wracamy do początku naszej rozmowy – w biznesie warto być kreatywnym, ale i polubić się z cyferkami.

Bez tego nie da się zbudować firmy. W biznesie wszystko jest ważne. Nie ma obszarów, które można zaniedbać albo odpuścić. Ważna jest harmonia i równowaga, żeby kreatywność nie przysłoniła cyferek, a cyferki kreatywności.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInEmail this to someone
  • Vanilla night&day

  • Vanilla night&day

  • Vanilla night&day

  • Vanilla night&day

  • Kasia Pastwa

Komentarze

może cię zainteresować

Najnowsze wpisy wybrane specjalnie dla Ciebie

Sukces Pisany Szminką

Wspieramy i promujemy kobiety od 2008 roku.

Newsletter

Jesteś ciekawy, co u nas nowego?
Bądź na bieżąco, zapisz się do newslettera!

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij